niedziela, 10 marca 2013

Rozdział 7

Proszę, przeczytajcie to, co jest pod rozdziałem!




--------------------------------------------------


Byłem strasznie zdenerwowany. Żeby czymś zając ręce, mieszałem  kawie, chociaż warstwy już dawno się połączyły. Louis podniósł głowę i zamarł, wpatrzony dokładnie w moje oczy. Centralnie. Trochę mnie to rozpraszało i przytłaczało, więc spuściłem wzrok na stolik. Przygryzłem wargę, zmieszany; na moich policzkach już pewnie pojawiły się wielkie ciemnoczerwone plamy, które od razu sygnalizowały Louis’emu wszystkie moje emocje.

Louis był taki piękny… delikatny i kruchy. W największą ekstazę wprawiał mnie jego kości policzkowe; były idealne. Takie… zarysowane. Na drugim miejscu razem z tymi kasztanowymi, zapewne miękkimi włosami, były jego cudowne, prawie że lazurowe oczy. Głębokie i  żywe, okalane przez niezbyt długie, ale za to grube rzęsy. Boże, brzmiałem jak jakaś nastoletnia dziewczyna, opisującego boga seksu. A może Louis był Bogiem Seksu?

Panowała pomiędzy nami napięta cisza, która wcale mi nie przeszkadzała – nie miałem pojęcia, co mogę mu powiedzieć. Onieśmielał mnie samą obecnością. Samym zapachem, lekkim „muśnięciem” swoich niebieskich oczu po mojej sylwetce. To było dziwne uczucie, zaczynające się gdzieś w brzuchu, powoli rozchodzące się po kończynach, aż w końcu trafiało do serca i z impetem do mózgu. Często towarzyszył temu dreszcz lub gęsia skórka.

Nigdy nie byłem zakochany, więc w sumie nie wiedziałem, co mam na ten temat myśleć.

Wysunąłem nogę trochę dalej i przypadkiem lekko nadepnąłem stopę Louis’ego.

- Przepraszam! – wymamrotaliśmy jednocześnie, uśmiechając się nieznacznie – Nie, to ja przepraszam – dalej kontynuowaliśmy zsynchronizowane mówienie, aż w końcu wybuchliśmy cichym śmiechem – Nic się nie stało. – kolejna salwa śmiechu.

W końcu odłożyłem łyżeczkę na papierową serwatkę z logiem Starbucks, wyciągając rękę w stronę Louis’ego.

- Jestem Harry. Harry Styles – przedstawiłem się, bo pomyślałem, że wypadałoby.

Louis uśmiechnął się nie tylko ustami; jakoś ten uśmiech dosięgnął także jego oczu. Cudownych oczu…

- Louis Tomlinson, ale ty już to pewnie wiesz – po jego twarzy przebiegł cień zdenerwowania. – Chciałem ci podziękować, za znalezienie mojego zeszytu. Jest dla mnie bardzo ważny.

-Nie ma za co – odpowiedziałem, upijając łyk kawy; smakowała wybornie (opłaciło się flirtowanie ze sprzedawczynią) – Dobrze, że trafił do mnie, a nie do jakiegoś mściwego człowieka, który wykorzystałby go, do innych celów.

Louis miał taką minę, jakby ta wizja właśnie wbijała się w jego umysł niczym ostra szpilka. Wzdrygnął się nieznacznie i pochylił trochę w moją stronę, obejmując oburącz swój ogromny kubek z herbatą. (Zieloną herbatą, po bliższym zastanowieniu) Westchnął, wpatrując się w napój i pocierając kciukiem lewej ręki brzeg ciemnozielonego kubka. Wyglądał tak niepewnie, że ledwo powstrzymałem się od wstania ze swojego miejsca i przytulenia go mocno. Jednocześnie zastanawiałem się, jak to jest, gdybym trzymał go w swoich ramionach? Louis był od niego o wiele mniejszy i miałem nadzieję, że idealnie wpasowałby się w zagłębienie mojej szyi.

- Więc, Harry… co studiujesz? – zapytał Louis, nadal nie podnosząc wzroku.

- Gastronomię z hotelarstwem – mruknąłem cicho, zauważając, że drżą mi ręce – Tak, wiem, niezbyt prestiżowy kierunek. Zdaję sobie z tego sprawę.

- Jestem na trzecim roku pedagogiki i co teraz powiesz o bezsensownych i mało prestiżowych kierunkach? – zaśmiał się Louis, unosząc wzrok.

Na chwilę nasze oczy spotkały się – ale wyłącznie na kilka sekund.  Potem oboje spuściliśmy wzrok.

- Cóż… jeśli robisz to, co kochasz, raczej nie powinna przejmować cię opinia innych. – rzekłem, wzruszając ramionami.

- Właśnie, Harry. Dlatego ty także nie możesz kierować się tym, co ludzie mówią. To strata czasu. Bo w końcu kto, jak nie ty, wie najlepiej, co dla ciebie jest odpowiednie? Jesteś już chyba na tyle dorosły, by decydować o swoim losie –  uśmiechnąłem się, słysząc słowotok Louis’ego; o tak, Louis zapewne nie należał do najcichszych osób – Też miałem tak samo. Wszyscy się pytali: po cholerę ci pedagogika? To tylko niańczenie dzieci! No właśnie, w tym sęk. Uwielbiam dzieci. Wszyscy mówią, że to dlatego się tak dobrze z nimi dogaduje, bo jestem jak Piotruś Pan. Po części to chyba prawda, przez większość czasu zachowuję się jak wyrośnięty dziesięciolatek… och, przepraszam. Znowu chyba się trochę… zatraciłem. Przepraszam.

- Nie, jest okej – nie kłamałem; naprawdę, gdy Louis do mnie mówił, wydawało mi się to strasznie naturalne, jakby Louis był stworzony do mówienia, poza tym, nie nudziło mnie to, co Louis mówił, wręcz przeciwnie, byłem dumny, że właśnie dowiadywałem się nowych rzeczy o swoim… kim? Kumplu? Trudno było mi stwierdzić na chwilę obecną. – Możesz mówić dalej, wcale mi to nie przeszkadza.

- Serio? – Louis wydawał się być zaskoczony – Zawsze słyszę tylko „zamknij się już, paplasz jak baba” albo „przestań przynudzać”.

- Serio  - odpowiedziałem, sadowiąc się wygodniej na krześle – Wcale nie przynudzasz.

Louis ponownie się uśmiechnął, sprawiając, że moje serce wypadło ze swojego stałego rytmu. Zaczął mówić, jak to wychował się z czterema siostrami i po rozwodzie rodziców był jedynym mężczyzną w domu. Zauważyłem, z jaką czułością wyrażał się o swoich młodszych siostrach. Było w tym coś ckliwego i babskiego, ale nie odpychającego – wręcz przeciwnie – uroczego. Sam Louis był uroczy. Przypominał trochę takiego elfa. Dobrego elfa, roznoszącego prezenty i ustawiającego dzieci w ogonek do Mikołaja.

Przyłapałem się na tym, że zamiast uważnie słuchał Louis’ego, cały czas wpatrywałem się w jego usta, jak mówił – w jaki sposób je układał przy danym słowie; szczególnie lubiłem, jak jego język dotykał podniebienia. Nie wiem, dlaczego, ale tak właśnie było.

- Hej, Harry… - dotarł do mnie głos Louis’ego.

- Hę? Co? – obudziłem się z transu, mrugając oczami.

- Zapytałem się, czy też masz jakieś rodzeństwo?

- Przepraszam, czasami kompletnie odpływam – odrzekłem, prostując się – Mam, starszą siostrę Gemmę. Jesteśmy strasznie do siebie podobni, jeśli chodzi o wygląd, ale niestety, tylko ja jakimś cudem odziedziczyłem nie wiadomo jak dobrze ukryty gen, dzięki któremu kręcą się włosy…. Których nigdy nie mogę ułożyć, kręcą się w tym kierunku, w którym chcą i nic nie mogę na to poradzić.

Louis przekręcił głowę tak, że prawie dotykała uchem ramienia.

- Mi się bardzo podobają twoje włosy.

Czułem, jak zaczynam się rumienić. W sumie moje włosy też mi się podobały… ale było miło usłyszeć coś takiego od osoby, z którą rozmawia się po raz pierwszy w życiu. Louis wydawał się taki dziecięcy i delikatny…

- Znaczy… - Louis odchrząknął, jakby powiedział coś niewłaściwego – Są… fajne. Moje też w ogóle się nie układają, tak na marginesie. Są straszne. Pewnie mnie nie kochają, ale cóż… życie!

Zapanowała pomiędzy nami cisza, podczas której starałem się nie patrzeć na Louis’ego. Ale nie potrafiłem się powstrzymać na długo. Tylko jedno, szybkie spojrzenie… akurat, kiedy on patrzy na mnie. Spanikowałem. Jak dwunastolatka, przyłapana na gapieniu się na największe ciacho w szkole. Robię się strasznie dziecinny…

Prawda była taka, że wcale nie uważałem się za przystojnego. Wcale. Oczywiście, pełno dziewczyn za mną łaziło, ale nie przyciągałem tych, którymi byłem zainteresowany. Czyli chłopaków. Co ze mną było nie tak?

- Wiesz… mnie też nikt nie kocha, więc wiem, co czujesz – powiedziałem pół żartem, pół serio, mając przy tym bardzo poważny wyraz twarzy.

Louis zamrugał zdezorientowany.

- Bzdury gadasz, przecież ktoś musi cię kochać. Masz rodzinę.

- Jestem dzieckiem niechcianym i problematycznym.. więc wiesz… przyzwyczaiłem się do tego. Co nie znaczy, że lubię taki stan rzeczy. – odpowiedziałem, patrząc na ludzi za oknem.

- Problematycznym w sensieee…?

Przez chwilę nie odpowiadałem, bawiąc się kubkiem z kawą, nadal patrząc przed siebie.

- Jestem gejem. – wyrzuciłem z siebie, z wyrzutem, jakby moja orientacja była złem.

Powiedziałem to tak po prostu, jakby właśnie przeklął siebie i Louis’ego, dwóch za razem. Pamiętam, jak mama dowiedziała się o tym, że jestem… inny. Płakała, bardzo długo płakała. Mój ojczym przeżył to w ciszy swojego umysłu. Trochę czasu zajęło im zaakceptowanie tego, czym  się stałem. Najlepiej i tak przyjęła to Gemma. Zaczęła żartować, że przynajmniej nie będzie musiała bać się o swoje koleżanki, które przyprowadzi do domu. Bolało mnie to odrzucenie przez wszystkich. Jeden głupi pocałunek.

Był jak piętno. Napiętnował mnie jak bydło.

Jak zwykłe bydło.

Dziwna gula ścisnęła mnie od środka, sprawiając, że zrobiło mi się trochę niedobrze, a do oczu podeszły mi łzy. Boże, byłem taki niedojrzały… cały czas płakałem. Jak dziecko. Jednak chowając ból za uśmiechem, mogłem udawać, że wszystko jest ze mną w porządku. Udawałem, całe życie udawałem…

- Hej… - miękki szept Louis’ego wyrwał mnie z przemyśleń i spowodował, że na moich policzkach pojawiły się delikatne rumieńce – Nie płacz, okej?

- Nie płaczę – burknąłem buntowniczo, mrugając szybko, by łzy nie poleciały mi po policzkach.

Za późno. Jedna, malutka, maluteńka łza zaczęła powoli kreślić swoją ścieżkę wzdłuż zarumienionej skóry… dopóki nie została zatrzymana przez delikatny i ciepły palec Louis’ego.

Zamarłem, czując jak Louis powoli ściera mokry ślad. To było dla mnie coś nowego. Zazwyczaj ludzie nie przejmowali się, gdy płakałem. Udawali, że tego nie widzą. Byłem przecież tylko kolejną, zranioną istotą w tym tłumie ludzi bez twarzy.

- Właśnie widzę – Louis uśmiechnął się znacząco.

- Ugh, nienawidzę płakać – wymamrotałem, pozwalając, by Louis do końca otarł moje łzy; przez chwilę trzymał jeszcze dłoń na moim policzku, po czym wziął ją, ze zmieszanym wyrazem twarzy. – Masz miękkie dłonie – dodałem i kąciki moich ust uniosły się lekko, gdy Louis zarumienił się słodko, jakbym odkrył jego najgorszy sekret.

- Wieeem, wszyscy mi to wypominają.– Louis zerknął na swoje ręce, obracając je wewnętrzną stroną na wierzch, na swoich kolanach - Że mam dziewczęce dłonie.

- Ja za to mam dłonie olbrzyma – uniosłem je tak, by Louis je widział.

Zobaczyłem, jak uśmiecha się, po czym przytknął swoją doń do mojej. Rzeczywiście, z moimi chyba było coś nie tak. Palce Louis’ego były krótkie i trochę pulchne, a sama dłoń mała, dwa razy mniejsza od mojej. Tak bardzo chciałem zobaczyć, jakby jego dłonie wyglądały w moich… albo gdybyśmy trzymali się za ręce…

Nie spuszczałem wzroku z Louis’ego, który nadal porównywał nasze dłonie.

- Boże, jaki jesteś blady!

- To dlatego, że ty jesteś opalony! Jakbyś właśnie przyjechał z wakacji!

Louis wydął usta.

- Nie moja wina, że mam ciemną karnację.

- Czy ty na pewno jesteś anglikiem? – uniosłem jedną brew, drocząc się z nim.

- Oczywiście, że jestem! Jak śmiesz w to wątpić?! Gdy ja już chodziłem, ty jeszcze nawet nie widziałeś świata… - prychnął z udawaną złością.

Roześmialiśmy się i tak każda łza i każde smutne wspomnienie zostało w mojej głowie zastąpione wizerunkiem twarzy Louis’ego. Wyglądał tak młodzieńczo, gdy się śmiał. Prawie jak Piotruś Pan… Nawet nie zauważyłem, kiedy słowa zaczęły wypływać z moich ust:

- Umówisz się ze mną?

Louis momentalnie zamilkł, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami. Ja natomiast, żeby podkreślić powagę moich słów, wpatrywałem się w niego spokojnie. Bawiłem się nerwowo palcami, ale to było teraz najmniej istotne.

Proszę powiedz tak, proszę powiedz tak…

Louis zrobił wydech, jakby cały ten czas wstrzymywał powietrze i utkwił wzrok w swoich kolanach. Świetnie Styles, najwidoczniej nie chce się z tobą umówić, bo jesteś jakimś dzieckiem, napaleńcem i nie wiadomo jakim palantem…

Podczas gdy przeżywałem wewnętrzną rozpacz, Louis wyszeptał tak cicho, że prawie tego nie dosłyszałem:

 - Z chęcią.

A mój mózg zaczął odbierać to jako „nie”:

- Ach, no spoko, rozumiem, że nie… chwila, co?





--------------------------------------------------

Chamska ja, przerywam wam w najlepszym momencie XD Ale i tak mnie kochacie. Prawda? Powiedzcie, że mnie kochacieeeee? :< Chociaż troszkę!

Teraz, wyjaśnienia, dlaczego nigdzie nic nie publikowałam. Są trzy powody:

1. Tata zabrał mi router. Dostaję go tylko wtedy, jak rodzice coś sprawdzają w necie i zapomną go wziąć. 

2. Przygotowania do matury - naprawdę chcę ją zdać i dostać się na studia, więc nie ma zmiłuj się... muszę się uczyć, chociaż mi się nie chce... ale gdy będę miała przerwę pomiędzy maturami, a początkiem roku akademickiego, na pewno będę pisać!

3. Brak weny. Kompletny. Wiem, co mam napisać, ale nie wiem, jak to napisać. Już nawet mam w głowie zakończenie Larry'ego! (nie bójcie się, trochę to potrwa, zanim się skończy, planowałam tak z 20 rozdziałów plus epilog) Jednak gdy tylko otwieram Word'a, z mojego umysłu robi się pusta kartka. Dosłownie, tabula rasa.


I  w końcu mogę wam powiedzieć, że PODPISAŁAM KONTRAKT Z WYDAWNICTWEM, czyli oficjalnie nasza współpraca zaczęła się w piątek. Myślałam nad tym, by zrobić jakiś konkurs, nie wiem, co o tym myślicie? Będzie polegał na narysowaniu obrazka, najlepiej czarno-białego, który miałby wam się kojarzyć ze słowem "Zagubiona". Taki byłby tytuł prac i motyw przewodni. Nagrodą byłoby umieszczenie obrazka w mojej książce. Byłby ktoś chętny?

Dziękuję wam, że tu ze mną jesteście, naprawdę to doceniam. Nawet jeśli nie odpisuję na każdy komentarz to czytam go i czasami nawet płaczę, gdy czytam te wszystkie miłe słowa. Nie wiem, czym sobie na to zasłużyłam, naprawdę...


KOCHAM WAS <3  XX