wtorek, 22 stycznia 2013

Rozdział 6






Przyciskałem kurczowo zeszyt to mojej klatki piersiowej, wciąż nie mogą uwierzyć, że go odnalazłem… albo inaczej… że ktoś go odnalazł i był na tyle miły, że go zwrócił. Wciąż nie mogłem w to uwierzyć. Myślałem, że to jakiś sen, a tak naprawdę wszystkie moje sekrety zostały ujawnione, a ja byłem skończony.

Ale ten przemiły chłopak nie przeczytał nic. Ani zdania. A do tego…

Sam nie wiem. To było dziwne, gdy uciekł z biblioteki. Może był nieśmiały? Albo bał się mojej reakcji? Cokolwiek  to było, miałem nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy. Wychodziło na to, że musiał być z tego samego uniwersytetu. Byłem ciekaw, co studiuje.

Jednak raczej bardziej byłem skupiony na parze szmaragdowozielonych oczu, które przez może nie więcej niż dwie sekundy przeszywały mnie na wskroś. To było coś… magicznego. Te długie rzęsy, ten strach, to zaskoczenie…nie potrafiłem zebrać myśli. A do tego pojawiło się to nieznane mi wcześniej uczucie, rozchodzące się gdzieś w okolicy brzucha, jakby mój pępek zasysał powietrze, robiąc dziurę w moich wnętrznościach.

Za wszelką cenę musiałem się dowiedzieć, kim był ten intrygujący Babycakes.

Nawet jeśli nie miał być taki jak ja.

***

Pisząc do niego czułem się trochę dziwnie. I pewnie on też nie potrafił się do tego przyzwyczaić. Szczególnie po moim ostatnim sms-ie milczał jak zaklęty, ponad dwie godziny, aż zacząłem się bać. Siedząc na małym krześle w przedszkolu, próbowałem wmówić sobie, że Harry na pewno mi odpisze. Ale nie napisał, chociaż zaklinałem i przeklinałem mój telefon na wszystkie możliwe sposoby.

Jednak od nadal wydawał się być niewzruszony moimi wahaniami emocjonalnymi i uparcie wskazywał, że nie mam żadnych nowych wiadomości. Czy to ma być jakiś żart? Bo jeśli tak, to trochę kiepski!

Wstałem i zacząłem chodzić, wydeptując na i tak wytartej wykładzinie, pokaźnej wielkości kółko. Denerwowałem się. Cholernie się denerwowałem. A co, jeśli już się do mnie nie odezwie? Chyba bym tego nie przeżył!

Jeden z przedszkolaków pociągnął mnie za rękaw swetra, ale nie od razu zwróciłem na niego swoją uwagę. Z pozornie wesołym uśmiechem spojrzałem w dół na małego brzdąca, który trzymał w rączce figurkę z gliny. Glina należała do zmory wszystkich pracowników, zajmujących się dziećmi, na równi z farbami. Po zajęciach plastycznych, w których główną rolę grała glina, siedziałem z dzieciakami prawie pół godziny w łazience, by je w miarę domyć. Co czasami było bardzo trudne.

- Tak, Billy? – zwróciłem się grzecznie do chłopczyka, uważając, żeby samemu nie zostać ubrudzonym gliną.

- Mam dla ćebie ćołg – wyciągnął w moją stronę rączkę w której trzymał, no nie ukrywajmy… zwykłą kulkę gliny… o, nie, cofam, ten czołg miał jednak lufę do strzelania; kit, że trochę krzywą…

- Oo, jak miło z twojej strony – przyjąłem prezent, od razu żałując, gdy tylko mokre „coś” dotknęło mojej ręki – Wezmę do domu! Inni będą pękać z zazdrości!

Billy klasnął w dłonie i pobiegł z powrotem do stolika, zaczynając chwalić się swoim kolegom; coś czułem, że dziś dostanę więcej niż jedną… hm, figurkę. I jak zwykle nie będę miał serca tego wyrzucać i zaśmiecą mi całą lodówkę i inne dziwniejsze miejsca. Jak zwykle; Louis Tomlinson chyba nie potrafi nikomu odmówić, szczególnie swoim podopiecznym.

Uniosłem brwi, gdy w drzwiach sali pojawiła się znajoma sylwetka Liama. Wyjrzał niepewnie, a gdy mnie dostrzegł, od razu ruszył w moim kierunku, zręcznie lawirując pomiędzy dziećmi i uważając, by ich nie potrącić. Na jego skórzanej kurtce zauważyłem krople wody – pewnie padało; nie zauważyłem tego, gdyż byłem zbyt zajęty użalaniem się nad sobą.

- Hej, stary – uścisnęliśmy sobie dłonie – Co tak sterczysz z tym kawałkiem gliny i komórką, wpatrując się w nią jak zbity pies?

Wzruszyłem ramionami.

- Chyba powinienem cię zapytać, co ty tu robisz? Dziś nie ma Danielle – zauważyłem spostrzegawczo, a Liam zarumienił się lekko na wzmiankę o dziewczynie.

- Wiem – wymamrotał, nagle zmieszany – Ale tak jakoś… muszę z kimś pogadać. A mimo wszystko znam się z tobą dłużej niż z Niallem.

- Dawaj – usiadłem ponownie na za małym, na mój ogromny, ale kształtny tyłeczek, krześle.

Liam przykucnął przy ścianie, trąc kark.

- Chodzi oczywiście… - zaczął, ale mu przerwałem:

-… O Danielle, tak Liam zdążyłem już załapać.

Liam uderzył mnie zaczepnie w ramię, a ja udałem, że bardzo mnie to zabolało.

- Okej – odetchnął, nie bardzo wiedząc od czego zacząć – chodzi o to… że pocałowałem ją na naszej randce i się do mnie nie odzywa.

Westchnąłem, pocierając wewnętrzną częścią ręki policzka. Nie miałem pojęcia, jak powinienem mu doradzić. Danielle należała do tego typu osób, które zbyt łatwo ulegają uczuciom i pewnie teraz wypłakuje się w poduszkę, bo nie ma pojęcia, co powinna zrobić.

- Wiesz… - zacząłem, masując kark – myślę, że powinieneś dać jej czas. Albo podjedź pod jej dom i stercz tam tak długo, aż ci otworzy – zażartowałem, ale po twarzy Liama wywnioskowałem, że jest gotowy do zrobienia tego, co powiedziałem.

- Myślisz, że to coś da?

- A zależy ci na niej? – zapytałem wprost, a Liam tylko pokiwał głową, mając minę przybitego szczeniaka; ogólnie z zachowania i gestów wyglądał… no jak szczeniaczek labradora. – Więc próbuj, do skutku. Jeśli na kimś ci zależy, nie rezygnuj.

Liam przez chwilę bawił się swoimi palcami, po czym nabrał głośno powietrza do płuc i poklepał mnie po ramieniu. Jego twarz rozpromienił lekki uśmiech.

- Dzięki, Lou, prawdziwy z ciebie przyjaciel. Potrzebowałem kogoś, kto powiedziałby, że to ma jakikolwiek sens – przyznał Liam, wyciągając komórkę z kieszeni, by zając czymś ręce – gdy pytałem o to Nialla lub Harry’ego…

Zmarszczyłem brwi.

- Kim jest Harry? – przerwałem Liamowi, zdezorientowany.

- Moim nowym współlokatorem… - wyjaśnił, po czym wrócił do istoty swojego monologu – wracając, Niall i Harry jakoś nie potrafili mi powiedzieć, co powinienem zrobić. Niall zajął się jedzeniem, a Harry był poddenerwowany, więc przez większość czasu milczał jak zaklęty, trochę dziwny dzieciak, ale lubię go… Jednak, sam nie wiem, czuję, że nie dogadamy się, jest taki… inny. Jakby bojaźliwy, ale jednocześnie bezczelny…

- Wydaje mi się, czy miałeś gadać o swoim „związku” z Danielle, zamiast o swoim nowym współlokatorze? – zaśmiałem się, przyjmując kolejny prezent od dziecka.

Liam również wybuchnął krótkim śmiechem.

- Racja, trochę się zagalopowałem. Wybacz, ale Harry jest… dziwny…

- I nie potrafisz go rozgryźć – dodałem, odkładając gliniane figurki na szafkę – znam cię, Liamie Payne i wiem, co chcesz zrobić. Zostaw biedaka w spokoju i nie naciskaj. Może po prostu jest nieśmiały?

Liam pokręcił przecząco głową.

- Chodzi o coś… więcej.

Uniosłem brew ze zdziwienia. Do kiedy Liam bawił się w psychologa? Pewnie znowu przeczytał za dużo opowieści kryminalnych… kiedyś wparuję do jego pokoju i zgarnę wszystkie te książki z jego półek, przysięgam…

Podskoczyłem, gdy wyciszony telefon zawibrował mi w kieszeni.

Od: Babycakes 15:08
Kiedy i gdzie?

Serce zabiło mi szybciej. Ukradkiem spojrzałem na Liam’a, a następnie zauważyłem, że palce, które zawisły nad dotykowym ekranem drżą lekko. Liam, przekrzywiając głowę na bok, dał mi do zrozumienia, że zaciekawił się, co było powodem mojej nagłej reakcji.

- Co jest, Lou? Eleanor napisała?

Pokręciłem przecząco głową,  nie mogąc wyksztusić słowa.

- Popilnujesz na chwilę dzieci? Muszę wykonać szybki telefon. Teraz - wstałem i nie czekając na odpowiedź Liam’a popędziłem do męskiej toalety, zamykając się na klucz. Z urywanym oddechem oparłem się o drzwi z listwy i usiadłem na podłodze.

Do: Babycakes 15:14
Mogę do Ciebie zadzwonić? Proszę.

Od: Babycakes 15:16
Dlaczego?

Do: Babycakes 15:17
Chcę usłyszeć twój głos… x

Od: Babycakes 15:19
To nie jest najlepszy pomysł.

Warknąłem. Tak bardzo chciałem usłyszeć głos Babycakes na żywo, by upewnić się, że jest tak prawdziwy; jak na razie wydawał mi się po prostu zbyt nierealny.

Od: Babycakes 15:21
Pasuje Ci jutro o 18:00? W Starbucks przy naszej uczelni? x

Do: Babycakes 15:22
Tak. Będę na pewno. xx

Zanurzyłem twarz w dłoniach, wzdychając cicho, jakby to miało naprawić czyny, do których popchnęła mnie moja lekkomyślność i naiwność. Co ja najlepszego robiłem… Gdybym chociaż go znał, ale nie, był dla mnie obcym człowiekiem, a jedyne, co widziałem, to te zielone oczy. Te cudownie zielone oczy… Uderzyłem pięścią w podłogę, na tyle lekko, że nie zabolało zbyt mocno.

Byłem idiotą.

I musiałem poprosić Dani, by zastąpiła mnie w pracy.

Gdy wychodziłem z łazienki miałem już ułożony plan działania… a chyba nie powinienem, co?

***

Siedziałem w Starbucks, popijając zieloną herbatę i przepisując na czysto notatki. Zawsze gryzmoliłem podczas wykładów, bo nie miałem jakiegoś zacięcia, by notować to składniej. Jednak, gdy tylko miałem chwilę wolnego czasu, od razu siadałem i razem z moim „przyjacielem” podręcznikiem, uzupełnialiśmy to, czego nie zdążyłem zapisać. Tym razem moje zapiski ograniczały się do minimum. Nie dlatego, że nie słuchałem, ale dlatego, że nasz nauczyciel od psychologii zaczął ciekawą dyskusję z kilkoma uczniami, którzy specjalnie zabierali mu czas. Nie kazał nam na szczęście zostać po lekcjach, chwała mu za to.

Nigdy nie należałem do tych, którzy ubóstwiają kawę, ale musiałem przyznać, że herbata, którą mi podano, smakowała wyśmienicie. Upiłem kolejne dwa łyki, podkreślając zakreślaczem, drugą ręką, jakiś ważny fragment w podręczniku.

I wtedy ktoś wszedł do kawiarni.

Jako, że padało, jego brązowe, kręcone włosy lekko przyklapły. Potrząsnął głową, jak mały szczeniak, starając się „osuszyć” z resztek wody. Rozluźnił szalik, zaplątany wokół jego szyi i od razu podszedł do lady. Nie słyszałem, co zamawia, ale zapewne to nie był on… nie widziałem jeszcze jego oczu, które były jego wizytówką. Tak, te dwa szmaragdy były niepowtarzalnie piękne…

Ponownie pochyliłem się nad notatkami, układając je w dwa stosiki – te, które już przepisałem i te, które nadal owego przepisania wymagały. Zanim zdążyłem ładnie napisać dwa zdania, na moje kartki rzucił się wielki cień.

- Hej – usłyszałem lekko chrapliwy, ale łagodny głos – Mogę się dosiąść?

- Emm… jasne – nawet nie spojrzałem na posiadacza głosu, machając ręką.

Nadal czekałem na Babycakes… to nic, że przyszedłem prawie godzinę wcześniej… i tak się nie pojawi. Wiedziałem to, czułem to w swoich kościach…

Zamrugałem oczami, starając się skupić na tekście, podczas, gdy nieznajomy zdjął kurtkę i przewiesił ją przez oparcie oraz przyniósł swoje zamówienie. Wielka latte pachniała korzennymi przyprawami, że aż nie mogłem się powstrzymać, by zaciągnąć się zapachem, unosząc głowę.

 I wtedy zamarłem.

Chłopak z loczkami wpatrywał się we mnie z uśmiechem na pełnych ustach, mieszając w swojej kawie. Płynność jego ruchów była aż kobieca; taka delikatna i wysublimowana. Był jeszcze ładniejszy, niż myślałem – jednak ile człowiek może wywnioskować, widząc jedynie tył danej osoby? Przeniosłem wzrok z ust, wyżej.

Te oczy…

Wszędzie bym je poznał.


---------------------------------------------

Więęęęc... to jeden z dwóch blogów, na które mam wenę. Naprawdę, kiepsko mi ostatnio idzie z pisaniem, staram się ale mi nie wychodzi...

A I MAM JESZCZE JEDNĄ PROŚBĘ. NIE LUBIĘ SPAMÓW GDZIEKOLWIEK NA MOICH BLOGACH. TO MNIE DENERWUJE, ŻE KTOŚ PISZE W KOMENTARZU: " FAJNE, WEJDZIESZ...." BO TAK NAPRAWDĘ PEWNIE NIE CZYTAŁ ROZDZIAŁU ITP. BĘDĘ TAKIE KOMENTARZE OD TERAZ USUWAĆ. MOJE BLOGI TO NIE TABLICE OGŁOSZEŃ. AMEN.

Do następnego! Prawdopodobnie na blogu o Niall'u. xx

piątek, 4 stycznia 2013

Rozdział 5





Robiąc głęboki wdech, starałem się uspokoić swoje galopujące myśli. A było ich zdecydowanie za dużo. Po przejrzeniu pierwszych stron zeszytu tajemniczego Louis’ego Tomlinsona stwierdziłem, że jest to coś zbyt osobistego, bym mógł go tak oglądać, więc zamknąłem go i schowałem głęboko pod łóżko, by dziś go mu oddać. Tylko co miałem powiedzieć?

Hej, jestem Harry „homo/bi” Styles i jestem strasznie tobą zainteresowany, wyglądasz na naprawdę niezwykłego faceta, przynajmniej tak wywnioskowałem po twoim niesamowitym zeszycie, który jest wnikliwym odzwierciedleniem twojej duszy…

Nie, to zupełnie nie pasowało. Do tego chciałem się przyznać, że zaglądałem to zeszytu Louis’ego, co było… tak jakby naruszeniem prywatności. Co ta ciekawość robi z człowiekiem? Spróbowałem za każdym razem sformułować moje myśli inaczej, ale w większości przypadków koncentrowały się na tym, że chciałbym go przelecieć… nawet nie znając jego wyglądu. Chyba w przypadku Louis’ego nie wygląd się liczył, tylko wnętrze. I tak, mówi to Harry Styles, masowy podrywacz na kaloryferek.

Przejechałem palcami po okładce zeszytu i aż podskoczyłem, gdy grupka dziewczyn z pierwszego roku rozsiadła się przy jednym ze stolików w bibliotece, szepcząc między sobą zawzięcie i chichocząc jak pięciolatki. Wiedziałem, że chodzi im o mnie, to było takie oczywiste, że aż nudne. Od kiedy tylko się tu zjawiły, co chwilę posyłały ukradkowe ( w ich mniemaniu) spojrzenia. Nie były brzydkie, ale gdyby podeszły, jakoś nie miał bym oporów oddelegować ich z kwitkiem. Nie chciałem, by ktokolwiek rozpraszał mnie w tym konkretnym momencie.

Wydarłem z jednego z moich zeszytów kartkę i zawahałem się, zatrzymując nad nim ołówek. Chciałem coś napisać, ale nie potrafiłem dokładnie sprecyzować, co. Już wolałbym nabazgrolić byle jakie słowa, niż wydukać prosto w twarz Louis’ego nieskładne zdania. Ponownie odetchnąłem głęboko i niewiele myśląc, napisałem na kartce mój numer telefonu. Już miałem się podpisać imieniem i nazwiskiem, gdy nagle na twarzy zagościł mi diaboliczny uśmieszek i zagryzmoliłem: „Babycakes xx” pod rządkiem cyfr.

Wsunąłem kartkę na sam przód zeszytu i ze zniecierpliwieniem spojrzałem na zegar. Dochodziła jedenasta. Louis zaraz powinien się zjawić. Odchyliłem głowę, by zobaczyć, czy może ktoś nie stoi przy pani Stanford, ale była tam jedynie jakaś niska i przysadzista dziewczyna. Wystukiwałem ołówkiem rytm jakiejś piosenki, która już od dłuższego czasu chodziła mi po głowie, uderzając nim o blat stołu. Zacząłem gwizdać cicho, gdy nagle usłyszałem w tej ciszy skrzypienie starych drzwi frontowych.

Obróciłem się i serce stanęło mi w piersi, nie wybijając nawet rytmu. W drzwiach stanął niezbyt wysoki (chociaż w porównaniu do mnie nikt nie był wysoki) szatyn, ogarniając całość biblioteki swoimi niebieskimi oczami, które przeszywały wszystko, niczym lód. Mimo, że miały taki kolor, nie były wcale zimne. Wręcz przeciwnie – wesołe, ale także trochę zmartwione. Przystąpił z nogi na nogę, przygryzając swoją idealną i kształtną dolną wargę i podszedł do stanowiska bibliotekarki, która coś mu odpowiedziała i wskazała dział Ekonomii.

No tak, przecież to tam Louis ostatnio upuścił zeszyt! Poderwałem się nagle i ja złamanie karku przemierzyłem alejki, by położyć go dokładnie tak, gdzie go znalazłem. Miałem nadzieję, że dotrę tam przed Louis’m. I tak się stało. Jednak dobrze było uczęszczać na dodatkowe zajęcia z lekkoatletyki w secondary school. Odetchnąwszy, położyłem go na podłodze, zziajany, ale zadowolony. Wyprostowałem się i schowałem zza rogiem. Udając, że czegoś szukam, starałem się zobaczyć, rząd przede mną. Książki były na tyle niskie, że bez problemów zauważyłem, jak Louis biegnie i schyla się po coś, co przed chwilą sam zostawiłem.

Widziałem, jak oddycha z ulgą i przyciska zeszyt do piersi, by po chwili zmarszczyć brwi. Pewnie doszedł do tego, że nie mógł go nikt nie ruszać. Z wahaniem otworzył go na pierwszej stronie, a na podłogę wyleciała, pofrunęła moja kartka. Uśmiechnąłem się do siebie, zaciskając rękę na książkach. Wyginałem się, by cokolwiek zobaczyć. Było ciężko.

Louis otworzył szerzej oczy, gdy przeczytał, co jest na kartce. Nagle zobaczyłem, jak wyciąga z kieszeni nowoczesną komórkę  z dotykowym wyświetlaczem i wstukuje numer z kartki, a palce drżą mu niekontrolowanie. Co on chce zrobić? Zamarłem, gdy dotarło do mnie, że nie chce wysyłać sms’a, tylko zadzwonić. Przekląłem cicho, zaczynając szukać komórki w torbie. Ale było już za późno. Po bibliotece rozległy się pierwsze akordy „Sweet Disposition”. Nie mogąc znaleźć telefonu z torbie, rzuciłem się do ucieczki, a jedyne, co zobaczyłem, zanim oderwałem wzrok od sylwetki Louis’a, były jego niebieskie oczy, patrzące dokładnie w moje, z niedowierzaniem; miałem nadzieję, że nie było mnie zbytnio widać przez te książki.

 Ale nie bez powodów mówi się, że nadzieja jest matką głupców.

***

Trzymając lewą rękę głęboko w kieszeni płaszcza, a drugą ogrzewając sobie gorącym kubkiem z kawą ze Starbucks, szedłem ulicą przy Tamizie, rozkoszując się nawet ładnym, wrześniowym dniem. A przy okazji także użalałem się nad sobą i swoją nieostrożnością. Co, jeśli Louis mnie zobaczył całego? Nie chciałem tego. I  jakby było mało, nie napisał ani nie zadzwonił ponownie. Jestem głupi.

Ale przynajmniej miałem jego numer. Zapisałem kontakt po prostu jako „Louis” i tak strasznie korciło mnie, by do niego napisać. Dlaczego? Może dlatego, że gdy nasze oczy się spotkały poczułem… no właśnie, co poczułem? Taki dziwny ucisk w moim brzuchu, na który skarżą się zakochane nastolatki. Jednak ja na pewno nie byłem zakochany. Jeszcze tego mi brakowało!

Musiałem skupić się na nauce – teraz to było moim priorytetem. Kogo ja chciałem oszukać? Louis Tomlinson we własnej osobie, nieświadomie, okręcił sobie mnie wokół swojego palca do tego stopnia, że minuta nie spędzona na myśleniu o nim była minutą straconą. Coś mnie w nim pociągało, ale nie potrafiłem powiedzieć, co. Może te oczy, przeszywające do tego stopnia, że czułem się, jakby czytał mi w duszy. Czułem, że kryje się za nimi jakaś tajemnica, ale nie miałem pojęcia jaka. Musiałbym lepiej go poznać. Chciałem go lepiej poznać.

Ciekawe jak, sporo spieprzyłem wszystko w jednej chwili.

Poczułem wibracje mojej komórki i spojrzałem na ekran iPhone’a z niedowierzaniem.

Od: Louis 11:46
 Jestem ciekawy, dlaczego uciekłeś.

W tej wiadomości wyczuwałem, że Louis oczekuje ode mnie wyjaśnień. Nie byłem pewien, co wtedy mną kierowało.

Do: Louis 11:48
Nie wiem.

Tylko to przychodziło mi do głowy. Naprawdę nie wiedziałem. Za dużo sprzecznych emocji kumulowało się w mojej głowie, tyle niewypowiedzianych słów, które aż krzyczały…niemo.

Od: Louis 11:51
Wystraszyłem cię swoimi tajemnicami?

Zatkało mnie. Skąd wiedział, że trochę przeczytałem? A może myślał, że przewertowałem cały zeszyt.

Do: Louis 11:52
Nie. Po przeczytaniu pierwszego dopisku zrezygnowałem z dalszego czytania. To nie moja sprawa.

Od: Louis 11:53
Dziękuję xx

Dwa iksy na końcu wiadomości sprawiły, że na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Posuwałem się coraz dalej, prawie dochodząc do dzielnicy Westminister. Skręciłem w ulicę, prowadzącą do centrum, chcąc dostać się na stacje metra. Musiałem jakoś dostać się z powrotem do akademika. Na szczęście dwugodzinne zajęcia z profesor Tinner zostały odwołane, więc miałem wolne do końca dnia. Wiedziałem, że prędzej czy później pójdzie na chorobowe, bo jak długo można chodzić na wykłady z zapaleniem płuc? Wytrzymała tylko dwa dni. To i tak dużo jak na pięćdziesięcioletnią kobietę.

Zanim wszedłem do podziemi, odebrałem następną wiadomość.

Od: Louis 11:58
A mogę poznać twoje prawdziwe imię, Babycakes? X

Do: Louis 12:00
Nie… jeszcze nie. X

Od: Louis 12:01
A kiedy?

Do: Louis 12:02
 W swoim czasie, Lou, w swoim czasie :) x

Nie wiedziałem, czy powinienem tak szybko nazywać go Lou, ale to samo przyszło mi na myśl, więc, jak to ja, nie myśląc, napisałem zdrobnienie. Po tym sms’ie, nie dostałem do Louis’ego żadnych wiadomości. W spokoju dotarłem do akademika. W pokoju był tylko Liam, ślęczący przy podręcznikach, z kalkulatorem w ręce.

Przywitał mnie dopiero, po zapisaniu wyniku jednego z zadań.

-Hej, Haz, co u ciebie? Jak zajęcia?

Podczas tych trzech tygodni bardzo zżyłem się z chłopakami i nie wyobrażałem sobie życia bez nich. Uwielbiałem spędzać z nimi czas i świetnie razem się bawiliśmy, jakbyśmy znali się do wieków. Z Niallem można było imprezować do upadłego, a z Liamem rozmawiać do nocy. Obydwoje, mimo, że byli przeciwieństwami (bardzo skrajnymi) sprawiali wrażenie, jakby czytali sobie nawzajem w myślach.

- Dobrze – westchnąłem, kładąc się na łóżko, a właściwie wpadając na nie z rozbiegu.

Nieszczęsne wydało cichy zgrzyt, ale nie przejąłem się nim zbytnio. Zauważyłem, że Liam uśmiecha się jeszcze szerzej, niż zazwyczaj.

- Coś się stało? – zapytałem, a Liam obrócił się na krześle, rumieniąc się lekko, co sprawiło, że od razu wiedziałem, o co chodzi – Jaka jest?

Liam machnął ręką.

- To znajoma, ma na imię Danielle i pracuje z moim kolegą w przedszkolu – uniosłem ze zdziwieniem brwi – I jest taka… miła. – rumieńce Liama powiększały się z każdą sekundą, więc doszedłem do wniosku, że ta dziewczyna musi być naprawdę wyjątkowa – A ty, Harry, zawiesiłeś na kimś swoje oko? Jakoś nie przyprowadziłeś jeszcze nikogo do naszego pokoju czy coś…

- A, tak jakoś… nie ma nikogo interesującego – bąknąłem, od razu spinając się, co nie uszło uwadze Liama.

- Chyba jednak ktoś zawrócił ci w głowie – Liam przybliżył się do mnie na obrotowym krześle, jeżdżąc kółkami po dywanie, co było trochę trudne (kto kupuje krzesło na kółkach do takiego pokoju – zgaduję, że pewnie Niall…) – Teraz ty mi powiesz… jaka jest?

Nie j a k a, Liam, pomyślałem, przygryzając wargę, ale j a k i.

- Chyba nic z ciebie nie wyduszę, Romeo – rzekł zrezygnowany Liam po dłuższym milczeniu z mojej strony, wracając do zadań z matematyki.

Poczułem się głupio i naprawdę chciałem podzielić się z Liamem moją tajemnicą, że wolę chłopców, ale może… nie teraz. Nie, jest zdecydowanie za wcześnie. Tak, za wcześnie. Przynajmniej tak starałem to sobie tłumaczyć, chroniąc samego siebie przed… zranieniem? Wiedziałem, że nasza znajomość z Niallem i Liamem jeszcze nie wskoczyła na ten poziom, dlatego stwierdziłem, że muszę poczekać na lepszą okazję.

- Przepraszam, Liam – odezwałem się w końcu, trochę zmieszany.

- W porządku, Haz, naprawdę. Gdyby była na tyle wyjątkowa, to byś nam pewnie powiedział – Liam posłał mi ostatni uśmiech, a mi zrobiło się naprawdę głupio, jeszcze bardziej, niż poprzednio.

Moja głowa zatopiła się w poduszkę, a ja, jak nigdy wcześniej, chciałem wyparować z tego świata, zakopać się gdzieś pod ziemią, gdzie nikt by mnie nie znalazł, a w szczególności posiadacz tych niesamowicie niebieskich i zniewalających oczu, Louis Tomlinson.

- Jesteeem! – rozległ się krzyk Nialla, poprzedzony trzaskiem naszych drzwi z napisem „Lucky Room” – Mam nadzieję, że jesteście głodni, bo mam ochotę na jedzenie.

- Niall, czy ty kiedykolwiek nie masz ochoty na jedzenie? – zapytałem, a mój głosy wydawał się być zduszony przez poduszkę.

Liam zachichotał.

- Cóż… raz nie miałem, ale nie wiem, czy chcecie słuchać o tym, jak miałem grypę żołądkową – rozpocząć Niall, ale Liam przerwał mu:

- Nie, nie, nie, nie, ja na pewno mam dosyć tych twoich historii, nasłuchałem się ich w zeszłym roku, kiedy jeszcze tak dobrze się nie znaliśmy i w ogóle, więc błagam, Niall, daruj sobie.

Niall skrzyżował ramiona, a plecak, który miał przewieszony przez ramię, zakołysał się niebezpiecznie.

- Dzięki, Liam, zawsze uważałem cię za wyrozumiałego przyjaciela – rzekł sarkastycznie Niall, przytupując nogą – To co, idziemy? – dodał, zniecierpliwiony.

Z jękiem, podniosłem się z łóżka i przygładziłem sobie włosy, które i tak sterczały mi we wszystkie strony. Nie wiedziałem, co mnie podkusiło, by zapytać nagle Nialla:

- A gdzie idziemy na jedzenie?

- Do „Rosalie’s Tale”. Mają genialne żarcie – jakby dla potwierdzenia swoich słów, poklepał się po brzuchu; zamaskowałem grymas. – A co?

Pokręciłam głową na znak, że to  nic ważnego. Liam zamknął swój zeszyt od matematyki i ustał, przeciągając się. Pewnie już trochę siedział przy tym biurku, robiąc zadania. Wziął swoją kurtkę z wieszaka i spojrzał na mnie pytająco. Wstałem, chwiejąc się przez ścierpniętą lewą nogę, ale ruszyłem w stronę drzwi. Niall otworzył je, odkładając plecak, wyciągając z niego tylko portfel i przepuścił nas w drzwiach. Zakluczyłem je, wkładając pęk kluczy do kieszeni obcisłych rurek. Nagle…

Od: Louis 12:34
 Chcę cię poznać.

 
I to sprawiło, że nie potrafiłem wyrzucić Louis’ego z mojej głowy podczas obiadu.


------------------------------------------------------------

Witam, witam.... nowy Larry, jak widać! W każdym razie, jak myślicie, co będzie dalej? Komentujcie!