środa, 5 grudnia 2012

Rozdział 4





Miałem ochotę krzyczeć, ale wszystkie słowa dławiły się gdzieś w połowie drogi, nie mogąc się wydostać. Chciało mi się płakać, ale zamiast tego leżałem plackiem na swoim łóżku, słuchając jakiś żałośnie smutnych piosenek. Gdy tylko przyszedłem w poniedziałek na zajęcia, większość patrzyła się na mnie, jakbym nagle stał się jakimś dziwnym, zmutowanym genetycznie, prototypem zdeformowanego człowieko-podobnego stwora. Wiedziałem… po prostu wiedziałem, że coś takiego się stanie, gdy wszyscy dowiedzą się o mojej orientacji seksualnej! Starałem się ignorować prawie trzydzieści par gałek ocznych, wlepionych we mnie tak, jakbym miał zaraz zemdleć albo wykonać dziwny taniec-połamaniec, ale czasami po prostu się nie dało.

Mimo wszystko musiałem przyznać, że oczekiwałem nawet czegoś… gorszego. Ale najwidoczniej społeczeństwo w pewnym wieku nie jest już takie nietolerancyjne i zacofane. Raz czy dwa usłyszałem ”pedał!”, ale na tym się kończyło, na szczęście. Nie miałem pojęcia, co bym zrobił, gdybym usłyszał więcej takich słów, albo gdyby centralnie wytykać mnie palcami. A był o tak spokojnie, gdy uchodziłem za hetero… chociaż raz podeszła do mnie dziewczyna, której kompletnie  znikąd nie kojarzyłem i wyszeptała mi do ucha: „Geje są cholernie podniecający”, a potem odeszła, jak gdyby nigdy nic, nawet na mnie nie patrząc.

Chyba nie mówiła serio?, kołatało mi się po głowie, gdy stałem oniemiały, patrząc cały czas w kierunku, w którym odeszła.

Hmm… a może jednak?

A do tego, jakby było tego wszystkiego za mało, na przerwie na lunch – który tym razem, pierwszy raz od wielu miesięcy jadłem sam i ani mi się śniło wrócić do Serenady - , podszedł do mnie, o dziwo, Zayn, uśmiechając się jakoś dziwnie. Spojrzałem na niego z dystansem, nawet wtedy, gdy zwrócił się do mnie miło:

- Hej, Louis. Co tam?

Zmrużyłem oczy, oczekując jakiegokolwiek podstępu.

- Czego chcesz? – warknąłem, nie będąc w nastroju.

Zayn podniósł ręce w poddańczym geście, ukazując, że nie ma w stosunku do mnie złych zamiarów, w co nie byłam tak święcie przekonany. W końcu to Zayn Malik! Jemu wszystko było wolno, nic go nie obowiązywało…!

- Eleanor zachowała się naprawdę podle – dlaczego miałem wrażenie, że Zayn rzeczywiście stara się być dla mnie miły?

- Możemy już o niej nie rozmawiać? – poprosiłem, myśląc w jaki sposób mógłbym się wymigać z rozmowy z nim.

Zayn wzruszył ramionami.

- Jak chcesz. Ale nic z tym nie zrobisz?

- A powinienem? – zapytałem głupkowato, od razu tego żałując; Zayn zaśmiał się cicho pod nosem, a potem spojrzał mi prosto w oczy.

- Słuchaj, Louis – o, zaczynał mówić tonem typu „let’s make a deal”, co ani trochę mi się nie spodobało – mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia.

- Nie – powiedziałem od razu, a brwi Zayna uniosły się wysoko; chciałem sobie pójść, ale zagrodził mi drogę.

- Czekaj, nawet nie wiesz, o co mi chodzi… – starał się mnie usilnie przekonać, ale ja nie dawałem za wygraną, przerywając mu, trochę niegrzecznie, ale tak trzeba robić, gdy ma się do czynienia z Zaynem.

- I nie chcę wiedzieć, Zayn. Nie mam zamiaru poniżać Eleanor mimo tego, co mi zrobiła, ani nikogo, kto był dla ciebie niemiły, więc daruj sobie – rzekłem sucho, odchodząc od Zayna jakiś metr.- Nie jestem mściwy. Nie jestem taki jak ty.

W moich ustach słowo „ty” brzmiało jak obelga i dobrze o tym wiedziałem. Zayn tylko pokręcił z niedowierzaniem głową, mierzwiąc swoje idealnie ułożone włosy, które pielęgnował każdego dnia z dziesięć minut.

- Nie wiesz, co tracisz, Lou. Mógłbyś się jej na dobre pozbyć. I łatki geja też.

Powieka drgnęła mi, gdy usłyszałem propozycję Zayna. Była mile kusząca… a co gdyby…. NIE! Potrząsnąłem głową i wypuściłem powietrze ustami. Nie mogłem zostać omotany przez bardzo dobre sztuczki manipulanckie Zayna. Źle by się to skończyło. Jak zawsze.

- Ale ja chcesz – westchnął Zayn, wiedząc, że ma mnie już w garści – bądź sobie dumnym gejem. Przecież to takie fascynujące…

I szykował się, by ode mnie odejść, gdy nagle chwyciłem go za przedramię, tocząc bitwę w myślach. Przygryzłem mocno wargę, czując, jak zaraz nie wytrzymam z bólu.

- Wiedziałem – dodał Zayn, szczerząc się jak głupi.

- Słucham – skrzyżowałem ręce na klatce piersiowej, tupiąc niecierpliwie nogą.

- Sprawa ma się następująco – rozpoczął Zayn – Znasz może Elizabeth Willis?

Przytaknąłem głową, przypominając sobie, jak widziałem ją gdzieś z Zanynem… chwila!

- Czy to nie twoja była? – zapytałem, momentalnie odsuwając się do Zayna, jakby to miało spowodować, że przestanę być częścią tego planu.

- No… tak – Zayn podrapał się w głowę z zakłopotaniem – I właśnie o to chodzi. Masz dla mnie zagrać chłopaka, który ją przeleci, a potem porzuci. Postaram się, by Eleanor była wtedy w klubie, do którego Lizzie wybiera się co piątek. Pomyśli, że po prostu powiedziałeś jej, że jesteś gejem, bo bałeś się jej reakcji, na wiadomość o twój romans z Lizzie…

- I jakie będziesz miał z tego korzyści? – mruknąłem podejrzliwie.

- Liz jest święcie przekonana, że jestem łajdakiem. A jeśli dorwie się do  niej ktoś, kto po jednej nocy ją zostawi… łatwiej będzie mi ją przekonać, by do mnie wróciła – wyszczerzył się Zayn, jak na szkolną gwiazdę przystało.

- To nie wypali  -wyraziłem swoją opinię – I ty naprawdę jesteś jednym z najlepszych krętaczy?

Zayn prychnął.

- Nie wierzysz we mnie Lou? Ta buźka – wskazał na swoją twarz, poruszając brwiami – jest w stanie wcisnąć wszystko, wszystkim. Nawet największy kit.

- Przecież wszyscy dobrze wiedzą, że ty cały czas kręcisz – nie mogłem powstrzymać się, by nie powiedzieć tego pogardliwie – Więc mogą tylko udawać, by przekonać cię, że udało się tobie ich nabrać. To nie jest trudno zauważyć, Zayn. Mało kto już naprawdę uwierzy ci na słowo.

Zayn przysunął się do mnie blisko, tak bardzo, że czułem na swojej twarzy jego oddech. Jego oczy przypominały oczy szaleńca, widziałem w nich dziwny blask, którego nie potrafiłem opisać, ale który wypalał mi dziurę w czaszce.

- Zraniłeś – wyszeptał Zayn, a ja poczułem miętę z jego ust, gdy mówił – Cholernie ją zraniłeś. I jest na tyle zdesperowana, by jeszcze bardziej się na tobie odegrać za to, co jej zrobiłeś. Jeśli ci dobrze z tym, że się ujawniłeś – uniósł ręce w geście typu „umywam od tego ręce” – to nic tu po mnie. Żyj sobie ze swoją odmiennością… pedałku –ostatnie słowo wysyczał i odszedł ode mnie, zahaczając barkiem o mój.

Syknąłem z bólu, masując uderzone miejsce i patrząc na oddalającą się sylwetkę Zayna. Gdybym mógł cofnąć czas, oczywiście, że bym się teraz nie ujawniał… ale stało się. Nie chciałem, kosztem innych, pozbyć się mojej łatki „geja”.  Wręcz przeciwnie, wreszcie czułem się sobą, nawet jeśli inni tego nie akceptowali. To był tylko i wyłącznie ich problem. Nie mój.

Spojrzałem na zegarek. Nadal miałem wystarczając dużo czasu, by zjeść lunch, rozmowa z Zaynem zajęła mi niecałe piętnaście minut. Minąłem bibliotekę, zastanawiając się, czy lepiej nie byłoby dziś wypożyczyć tych książek dla maluchów, ale w końcu musiałam pospieszyć się, jeśli chciałem zdążyć zjeść lunch.

Zajrzałem do mojej torby, w poszukiwaniu jakiś drobniaków. Znalazłem je na samym dnie, bardzo z siebie zadowolony. Starczyło mi na kanapkę i colę z Subway’a. Żwawym krokiem ruszyłem przed siebie.

***

Wieczorem opadłem na łóżko, nawet nie przejmując się, że włosy sterczą mi na wszystkie strony w nieładzie, albo, że koszulka została ubrudzona ketchupem, gdy w pośpiechu wracałem na uczelnię z Subway’a. Jęcząc, zdjąłem but z lewej nogi, który trochę mnie obtarł od kilku godzin chodzenia. Miałem bardzo delikatnie stopy, które aż przeklinały, gdy na czas nie zdejmowałem butów.

Moja głowa zwisała tak, że wyglądałem dziwnie z postawionymi włosami, które były prawie tak długie, że jeszcze trochę, a dotykały by podłogi. To głównie przez grzywkę, której nie miałem serca ścinać; zawsze po prostu wygalałem sobie delikatnie boki, ale grzywka musiała być i nie ma zmiłuj! Lubiłem swoje włosy… no może poza porankami, gdy przypominały stóg siana, ale powiedzmy sobie szczerze… kto nie wygląda tak z ranka? Chyba nikt.

Przeciągnąłem się w łóżku, uderzając lekko stopą w ścianę. Ugh, przydałoby zabrać się za naukę. Tak, nawet ja, Louis William, najlepszy student na roku (studiowałem pedagogikę) musiałem od czasu do czasu zaglądać do zeszytów, by cała wiedza nie umknęła mi gdzieś… daleko. Chcąc, nie chcąc, sięgnąłem lewą ręką do mojej torby, otwierając ją i szukając mojego ulubionego zeszytu, pokrytego tekstami piosenek zespołu The Fray. Uwielbiałem go od pierwszej płyty.

Zmarszczyłem brwi, gdy przewertowałem, dosyć niezdarnie, bo nadal widząc do góry nogami, wszystkie podręczniki i nadal nie mogłem znaleźć mojego zeszytu. Przeturlałem się na brzuch, przyciągając torbę bliżej. Serce zabiło mi szybciej, gdy wywróciłem ją do góry nogami, a go tam nie było.

Niemożliwe, odbijało się echem po mojej głowie, przecież nie mogłem go zgubić!

Przeszukałem wszystkie sterty książek oraz biurko i regał, ale nigdzie nie mogłem go znaleźć. Przeczesałem włosy dłońmi, zamykając oczy. Gdzie prawdopodobnie mógłby upaść?

Myśl, Tomlinson, myśl!

Marszczyłem brwi, jakby to miało mi pomóc się skupić. Jeśli naprawdę go zgubiłem… to miałem przesrane. Dosłownie. W nim zapisywałem nie tylko notatki z lekcji… był moim… w pewnym sensie pamiętnikiem. Jak ktoś się do tego dobrał… to mogłem już szykować sobie bilet w jedną stronę na Alaskę. Nieżyczliwa osoba mogłaby zrobić z tego zeszytu źródło „cennych” informacji.

Zamarłem, gdy przypomniałem sobie swoją kłótnię z Eleanor w bibliotece. To tam… tam musiał mi upaść! Ktoś pewnie już zdążył go podnieść! CHOLERAAAA!

Musiałem się tam udać i to jak najszybciej! Tylko, że bibliotekarka przychodziła dopiero na  dziewiątą, podczas kiedy ja miałem już zajęcia… czyli zostaje mi zwyczajowa pora podczas lunchu. Uderzyłem pięścią w ścianę, mieląc przekleństwo w ustach. Dlaczego byłem taki bezmyślny? Wszystko, dosłownie wszystko znajdowało się w tym zeszycie.

Większość nieprzeznaczona dla ludzkich oczu. Drgnąłem, gdy komórka zawibrowała mi komórka. Ktoś jeszcze chciał mnie dobić w tym cudownym dniu? Przetarłem oczy, gdy zauważyłem, że to Danielle. Odebrałem, chcąc się przywitać, ale Dani od razu przeszła do konkretów:

- Louis! Nie ma się w co ubrać!

- Hę? – mruknąłem zdezorientowany, siadając na łóżku.

- Idę na randkę z Liamem. Wiesz, tym któremu dałeś bez mojej zgody mój numer – wiedziałem, że Danielle tylko udaje, że jest zła, a tak naprawdę bardzo ekscytuje się randką.

- Och, serio? Jednak cię zaprosił? – zdziwiłem się; Liam był czasami zbyt nieśmiały.

- Mhm – przytaknęła Danielle – Chce mnie zabrać do restauracji i nie mam żadnych dobrych ciuchów. Pomóż.

- Ale jak? – nie rozumiałem, a Danielle westchnęła w słuchawce.

- Chodź ze mną na zakupy, prooooszę – starała się mnie ubłagać, ale miałem gorsze sprawy na głowie.

- Dani, chciałbym, ale nie mogę. Zgubiłem coś… ważnego – oznajmiłem jej, wiedząc, że od razu załapie o co mi chodzi.

- Louis… nie mówi mi, że zgubiłeś… wiesz… zeszyt! – niedowierzała.

Przytaknąłem głową, dopiero po chwili orientując się, że przecież Danielle tego nie zobaczy, więc odpowiedziałem:

- No… tak. – przyznałem się, miętosząc rąbek koszuli – Pokłóciłem się z Eleanor… i chyba przypadkowo gdzieś go upuściłem w bibliotece.

Mogłem przysiąc, że oczy Danielle rozszerzają się:

- W bibliotece? Wiesz, że jest małe prawdopodobieństwo, że go odzyskasz? A co, jeśli…

-Proszę cię, Dan, nie nakręcaj mnie, jestem już wystarczająco zestresowany – mruknąłem, wyginając sobie palce u jednej z rąk. – Wolę, żebym znalazł go dokładnie tam, gdzie go upuściłem, ale…

- …Wiesz, że to niemożliwe – dokończyła za mnie Danielle, wzdychając – No nic, Louis. Życzę ci powodzenia. A tymczasem… pewnie będę jak pojebana szukać jakiejkolwiek sukienki na randkę z Liamem.

- Czyli jednak…? – uśmiechnąłem się.

- Och, daj spokój, jest miły, to wszystko. – żachnęła się, chociaż wiedziałem, że zależy jej.

-Pogadamy po tej twojej randce – zachichotałem.

- To do jutra.

- Do jutra – rozłączyłem się, opadając na pościel.

Byłem skończonym kretynem.


--------------------------------

Przepraszam, że musieliście tyle czekać... ale mam wrażenie, że nikt nie czyta mojego Larry'ego :< Tak przynajmniej wnioskuję po ilości komentarzy itp... mam nadzieję, że to jedynie złudzenie :) xx

Jak może wiecie (albo i nie) wydaje książkę.Cieszycie się? Nie mogę podać na razie szczegółów, co do daty wydania, ale mam nadzieję, że jak najszybciej dogadam się z wydawnictwem!

Adios, here's our beloved Larry:

Do następnego, misiaczki! xx