wtorek, 13 listopada 2012

Rozdział 3





Trzeci tydzień studiów przyniósł pierwsze prace domowe, które trzeba było, chcąc nie chcąc, w weekend, poświęcając kilka godzin na mozolne szukanie materiałów w studenckiej bibliotece, która była większa nawet od mojego domu w Holmes Chapel. Wszędzie stały książki, najczęściej stare, oprawione w wyświechtaną skórę, ze złuszczającymi się napisami. Powietrze, przesiąknięte ich zapachem było ciężkie i przytłaczające, szczególnie gdy się zasiedziało. Postanowiłem, że w piątek sobie odpuszczę i poszedłem razem z moimi współlokatorami do klubu. Świetnie się bawiliśmy, szczególnie, że do akademiku wracaliśmy na piechotę, podśpiewując „Valerie” i „Heart Shaped Box”, zataczając się wesoło i co chwilę wybuchając śmiechem.

Jednak nie było mi do śmiechu, gdy następnego dnia obudziłem się z potwornym kacem, którego nie mogłem pozbyć się aż do południa. Niall wydawał się być w dobrej kondycji, mimo, że wypił chyba dwa razy więcej niż ja i Liam razem wzięci. Ten drugi musiał szybko się uwinąć rano, bo miał spotkanie z jakimś bardzo „zabawowym” znajomym (mówił, że ma na imię „Stan” czy coś) i dlatego próbował wszystkich sposobów, by oznaki kaca nie były tak widoczne. O dziesiątej, gwiżdżąc, wybył z pokoju, mówiąc, że będzie popołudniu…

Wtedy mnie oświeciło. Podczas pierwszego tygodnia pozostawiałem kilka CV w różnych restauracjach ( zazwyczaj na stanowisko kelnera, bo jakoś nie uśmiechało mi się mycie garów za o wiele mniejszą stawkę) i jedna z nich odpowiedziała. Miałem stawić się o drugiej na rozmowie. Od niej zależało, czy rzeczywiście dostanę tą pracę. Zależało mi na niej, bo pieniądze, które udało mi się uzbierać przez liceum, gdy pracowałem w piekarni, na pewno nie mogły wystarczyć na nie więcej niż cztery-pięć miesięcy. Nie mówiąc już o nagłych wydatkach.

Ciężkie te dorosłe życie, ale nie narzekałem.

W tempie ekspresowym ubrałem się w jeansy, koszulę i trampki. Włosów nie mogłem czesać, bo wyglądały wtedy jak kupa siana. Umyłem zęby, krzyknąłem, że zjem coś na mieście i będę wieczorem, bo muszę napisać referat i już mnie nie było. Niall niezbyt przejął się tym, że wybywam, mruknął tylko:

- A ja pośpię jeszcze z godzinkę i zjem całą górę spaghetti… - i rzucił się na łóżko, zakopując się po uszy w kołdrze.

Zaśmiałem się pod nosem, wychodząc z pokoju, uważając, by nie trzasnąć drzwiami. Co, jak co, ale przekonałem się, że Niallowi najlepiej wychodzi spanie. Jeśli akurat w tym czasie nie je. A propo jedzenia… gdy tylko o nim pomyślałem, mój żołądek zbuntował się,  żądając czegokolwiek, więc postanowiłem, że jak najszybciej muszę coś zjeść, bo zwariuję.

Ruszyłem do pobliskiej piekarni, by kupić drożdżówkę i opychając się nią na mój pusty żołądek, kompletnie stłamszony przez wczorajszą imprezę, ruszyłem w stronę restauracji. Nawet nie pamiętałem jej nazwy, ale znałem adres. Podjechałem kilka przystanków metrem, mając nadzieję, że się nie spóźnię. A znając mnie… to przynajmniej na 90% nie przyjdę na czas. Nogi odmawiały mi powoli posłuszeństwa, ale ja uparcie brnąłem do przodu, zaciskając zęby, aż w końcu dotarłem, o dziwo, przed czasem do restauracji „Rosalie’s Tale”, gdzie panowała dosyć luźna atmosfera.

Gdy tylko powiedziałem jednej z kelnerek, że przyszedłem na rozmowę o pracę, pognała ona na zaplecze i po kilku minutach wróciła, prosząc mnie, bym zajął miejsce przy jednym ze stolików. Usiadłem na krześle, przy oknie, zdejmując kurtkę i powieszając ją na oparciu krzesła. Przygładziłem koszulę, starając się zapanować nad emocjami, aż w końcu usłyszałem nad sobą zniecierpliwione chrząknięcie i od razu wstałem.

- Dzień dobry, panie Styles, jestem Jean Monroe – uścisnąłem rękę brodatemu właścicielowi restauracji – proszę siadać – wskazał ręką krzesło, z którego przed chwilą się poderwałem.

Usiadłem, prostując się, jakbym siedział na szpilkach. Mężczyzna zaczął wyciągać jakieś papiery na stolik, a kelnerka podała mu szklankę wody i espresso.

- Napije się pan czegoś? – zapytał grzecznie, nadal na mnie nie patrząc.

 - Wody, poproszę – uśmiechnąłem się czarująco do kelnerki, która zarumieniła się lekko pod moim spojrzeniem i bąknęła ,że zaraz przyniesie, po czy zniknęła za ladą.

Gdy wróciła, obdarzyła mnie nieśmiałym spojrzeniem i postawiła przede mną szklankę wody z cienkim plastrem cytryny zahaczonym o jej brzeg. Podziękowałem dziewczynie, kompletnie zapominając, że nie jestem w tej restauracji tylko po to, by się najeść, ale po to, by w końcu na siebie zarabiać.

- Więc – odezwał się nagle pan Monroe, aż podskoczyłem – z tego, co napisał pan w CV studiuje pan gastronomię, tak?

- Jestem na pierwszym roku – bąknąłem, zaciskając ręce w pięści na udach, pod stołem.

- W które dni mógłby pan pracować?

Zamyśliłem się na chwilę, po czym odpowiedziałem:

- Mógłbym zostawać najdłużej w środę, od pierwszej po południu, aż do zamknięcia lokalu. Myślę, że praca w piątek i czwartek także nie kolidowałaby z moim planem zajęć – odpowiedziałem niepewnie, nie wiedząc, czego się spodziewać.

- A weekendy? – wiedziałem, że w końcu padnie to pytanie…

Oh, świetnie, może jeszcze mam zostawać w pracy także w święta narodowe, typu Święto Niepodległości, Gwiazdka czy Nowy Rok?

- Ewentualnie sobota – mruknąłem, niezbyt zadowolony z tego, że musiałbym wstawać do pracy; ogólnie jakakolwiek harówka w weekend nie uśmiechała mi się, wolałbym już nawet dostać więcej do odrobienia z przedmiotu, którego uczył mój „ukochany” profesor.

-  Pasuje panu zmiana przedpołudniowa w sobotę? – zapytał zdecydowanym tonem pan Monroe, coś kreśląc, jak odczytałem do góry nogami, na niebiesko po swoim grafiku kelnerów – Od dziewiątej trzydzieści do drugiej?

- Tak, jak najbardziej – odrzekłem, biorąc do ręki szklankę z wodą i upijając kilka łyków.

- A kiedy mógłby pan zacząć? – spojrzał na mnie przenikliwie, oczekując pewnie natychmiastowej odpowiedzi.

- Choćby w tą środę – powiedziałem z resztką zapału, która się jeszcze we mnie tliła.

Porozmawialiśmy jeszcze jakieś piętnaście minut.

Pan Monroe przypatrzył mi się uważnie, po czym oznajmił, że odezwie się do mnie telefonicznie w sprawie posady, a ja już pisałem w swojej głowie najczarniejsze scenariusze. Właśnie moje drugie w życiu przesłuchanie o pracę minęło w zastraszająco szybkim tempie i nic nie mogłem poradzić na to, że nie spodobałem się mojemu „przyszłemu” szefowi.

Ubrałem się i dźwignąłem swoją, nadal nie rozpakowaną od piątku torbę, z zamiarem udania się do biblioteki. Kto był pomyślał, że JA, Harry Styles będę odrabiał lekcje w bibliotece? Strasznie mroczne czasy nadchodzą, powiadam wam…

Cieszyłem się, że nie padało, ale jak to z londyńską pogodą bywa, w każdej chwili mogło zacząć padać, ba, nawet grzmieć! W locie pognałem najpierw do Starbucks, kupując sobie małego truskawkowego shake’a, dopiero potem przypominając sobie, że jedzenie i picie w bibliotece było surowo zabronione. Dlatego starałem się jak najszybciej wypić go, by potem nie napotkać groźnego wzroku starej i pomarszczonej bibliotekarki, która nosiła spódnice do kostek i obleśne, włochate sweterki w kolorze zgniłej trawy (ewentualnie wypranej czerni). Wyrzuciwszy kubek do kosza na śmieci przed bramą campusu, skręciłem w lewo i od razu zobaczyłem napis „biblioteka” z prowadzącym do niej drogowskazem.

Wszedłem powoli przez dwuskrzydłowe, szklane drzwi w kompletną ciszę, przerywaną jedynie przez miarowe tykanie zegara, w wprost urocze czarno-białe kotki, wiszącego nad biurkiem bibliotekarki, pani Stanford, której, chcąc nie chcąc, posłałem jeden z moich najpiękniejszych uśmiechów.

Wyminąłem ją i od razu ruszyłem na dział „ekonomia”. Było tam kilka ciekawych książek o zarządzaniu biznesami, w tym restauracjami. A oprócz tego, że zacząłem je czytać z prawdziwym zainteresowaniem, dostarczały mi także informacji do mojej pracy domowej. Wziąłem je i już chciałem  usiąść przy jednym z wielu blatów, gdy usłyszałem cichą rozmowę za rogiem.

- El, to było świństwo – rzekł, lekko drżący, męski głos.

Zacisnąłem dłonie na książkach, zamierając. Poczułem coś dziwnego w brzuchu, gdy go usłyszałem, i bynajmniej nie była to grypa żołądkowa ani nagła sensacja spowodowana zjedzeniem drożdżówki na pusty żołądek po wczorajszej imprezie. Nie potrafiłem tego wytłumaczyć… ale czy musiałem?

- Nie wiem, o co ci chodzi! – prychnęła dziewczyna tonem, od którego cały zadrżałem.

- Dlaczego rozpowiedziałaś, że jestem gejem?! – głos chłopaka podniósł się o kilka oktaw i miałem wrażenie, że jego właściciel zaciska mocno pięści, ze zdenerwowania.

Serce podskoczyło mi do gardła… on był… był taki sam jak ja…

- Cóż… - udała, że się zastanawia – to wystarczająca kara za to, że tyle czasu żyłeś ze mną w kłamstwie! – zbierało się jej na płacz.

Chłopak westchnął.

- Ale to niczego nie rozwiązuje, wiesz? Myślałem, że jesteś inna.

- Niby jaka? – syknęła.

- Uczciwa. Tolerancyjna. A wyszło na to, że jesteś zwykłą… - urwał, próbując dusić w sobie gniew.

- No, powiedz to!

- Jesteś zwykłą suką! – wycedził przez zęby, a coś upadło na ziemię z głuchym łoskotem.

- Nie, Eleanor, tym razem nie zasłużyłem sobie, byś mnie uderzyła. Sama zasługujesz na policzek. Jak możesz? – nie dowierzał, z plączącym się językiem.

- Puszczaj! – dziewczyna wyswobodziła nadgarstek z uścisku; widziałem, jak mocno zamachuje się ręką, ale nadal nie dostrzegałem ich sylwetek ani twarzy, byłem za daleko posunięty w głąb… gdyby tylko się przysunął bliżej rogu…

Zanim zdążyłem ruszyć się choćby o milimetr, obok mnie przeszła wściekła szatynka, nawet ładna - gdyby nie fakt, że jej twarz wykrzywiał grymas - machając z dumą swoimi falowanymi włosami, jakby chciała nimi ściąć wszystko na swojej drodze. Przełknąłem ślinę ze strachu, ale na szczęście była na tyle rozdygotana, że nawet mnie nie zauważyła. Odetchnąłem z ulgą i wychyliłem się zza rogu, mając nadzieję spotkać na swojej drodze tego chłopaka…

Zdziwiłem się, gdy nikogo tam nie ujrzałem. Moje oczy powędrowały to w lewo, to w prawo, ale chłopak najwidoczniej ruszył w przeciwną stronę niż jego dotychczasowa „dziewczyna”, by uniknąć z nią jakichkolwiek konfrontacji. Nie dziwię mu się, słyszałem tylko przez chwilę jej głos, a miałem wrażenie, że zaraz dostanę przepołowiony na pół jej laserowymi oczami.

Zrobiłem jeszcze jeden krok, gdy nadepnąłem na coś twardego. Odskoczyłem, patrząc w dół. Na wiśniowej wykładzinie leżał zeszyt, z przylepionymi do niego obrazkami przedstawiającymi zespół The Fray. Nie miałem pojęcia, do którego z dwojga kłócących się należała zguba, ale podniosłem ją i przyjrzałem się bliżej okładkom płyt i powoli odczytywałem cytaty z piosenek. Znałem The Fray już wcześniej, a moją ulubioną piosenką było „Look After You”. Widocznie właściciela zeszytu też, bo cały tył zajmował odręcznie napisany tekst tejże piosenki.

And wohoo oho, be my baby and I’ll look after you…

Zanuciłem sobie refren w mojej głowie, by następnie otworzyć zeszyt na stronie tytułowej, gdzie zazwyczaj wpisywało się właściciela. Zmrużyłem oczy, czytając małe literki:

Louis Tomlinson

Hmm… brzmiało trochę dziewczęco, ale z tego, co usłyszałem, to dziewczyna nazywała się Eleanor, czyli to oznaczało… że zeszyt należał do chłopaka z hipnotyzującym głosem. Poczułem, jak zasycha mi w gardle, gdy obracałem zeszyt w ręce, nie mogąc w to uwierzyć. Przycisnąłem go do klatki piersiowej na wysokości serca i ruszyłem szybkim krokiem do pani Stanford, która uzupełniała krzyżówkę.

Chrząknąłem, stając naprzeciwko niej. Podniosła głowę, zła, że przerwałem jej zajęcie.

- Tak?

- Chciałem się zapytać… czy nie wie pani może gdzie mieszka Louis Tomlinson? Zgubił zeszyt, a w bazie musi być jego adres, skoro jest naszym studentem… - zacząłem, trochę się rumieniąc, że nie potrafię się wysłowić, gdy tylko przytoczyłem jego imię i nazwisko.

- Przykro mi, ale nie mogę udzielać prywatnych informacji na temat innych studentów – odpowiedziała, wracając do krzyżówki.

Westchnąłem, zrezygnowany i trochę zniechęcony wizją przejścia całego campusu wzdłuż i wszerz, by znaleźć Louis’ego. Podrapałem się wolnym palcem po nosie, a książki zaczęły mi ciążyć na tyle, że chciałem szybko gdzieś z nimi usiąść. Odwróciłem się więc tyłem do pani Stanford i już miałem ruszać, gdy rzekła:

- Louis zawsze we wtorki przychodzi tu, by wypożyczyć nową porcję książek dla dzieci. Około jedenastej, dwunastej.

W moim sercu zapaliła się na nowo iskierka nadziei.

 - Dziękuję – uśmiechnąłem się do niej i poszedłem do pulpitów, stawiając na nich tomy i zastanawiając się po co komuś takiemu jak Louis Tomlinson książki dla dzieci.

Usiadłem na niewygodnym, drewniany krześle i z głębokim westchnięciem zacząłem wertować pierwszą książkę, szukając czegoś przydatnego, wcześniej wyciągnąwszy ołówek i byle jak wyrwaną kartkę z notatnika. Za każdym razem, gdy próbowałem skupić się na pracy domowej, słyszałem w głowie głos Louis’ego. Warknąłem, gdy po godzinie ślęczenia nad książkami udało mi się napisać jedynie jedną trzecią pracy. Nie potrafiłem sklepić ani jednego, porządnego zdania.

- A, jebać to! – mruknąłem, zamykając stare tomisko, które zatrzasnęło się, wzniecając trochę kurzu.

Odłożyłem wszystko na swoje miejsce i wyszedłem z biblioteki, żegnając się z panią Stanford.

 Teraz interesowało mnie tylko jedno i nie liczyłem się z konsekwencjami – musiałem za wszelką cenę dowiedzieć się, kim jest tajemniczy Louis Tomlinson, więc z zaciekawieniem otworzyłem zeszyt, słysząc szybkie bicie mojego serca.



---------------------------------------

Wita was Larry, tym razem z perspektywy Harry'ego. Jak myślicie, co jest w owym Tajemniczym Zeszycie i jak to zaważy na losie Larry'ego? ;O Może stanie się coś strasznego... albo i nie. Jakieś pomysły?

 Jestem chora, więc może uda mi się coś napisać jeszcze przez ten czas, ale pewnie jutro lub pojutrze wrócę do szkoły... ech, klasa maturalna.

Więc, może macie jakieś pytania do postaci? Jeśli tak, zapraszam TU
A i jeszcze założyłam bloga z ONE-SHOTAMI i na początek powitanie GARRYM (Harry x George) więc jeśli jesteście zaciekawieni, zapraszam :)


Więc, papa, kociaczki, żegna was Larry: