środa, 24 października 2012

Rozdział 2




Liście zaczęły powoli żółknąć, a deszcz padał częściej niż zazwyczaj, a to oznaczało tylko jedno – za tydzień miał rozpocząć się październik, miesiąc typowo jesienny i ponury.

Siedzieliśmy w kawiarence Serenady, uroczym miejscu, w stylu vintage – z brudno różowymi ścianami, obrazami kwiatów i starych gwiazd kina angielskiego, które patrzyły na gości no stop -, gdzie mieliśmy zwyczaj spotykać się w porze lunchu, pomiędzy naszymi zajęciami. Normalnie pewnie śmialibyśmy się i rozmawiali o zajęciach, profesorach, naszej pracy, opowiadając śmieszne anegdotki, jedząc ciastko i pijąc kawę… jednak nie tym razem.

Wyginałem sobie palce, starając patrzeć wszędzie, byle nie na nią, ale i tak wiedziałem, że wywierca we mnie dziurę swoimi brązowymi oczami, próbując zrozumieć, dlaczego… dlaczego tkwiłem w tym związku, nie mówiąc jej prawdy, o tym czym jestem? Nie płakała, bo nigdy nie miała tego w zwyczaju, ale milczała, a ta cisza wydawała się być nawet gorsza, niż rozmowa. Odgarnęła włosy z czoła i westchnęła, biorąc do ręki swoją torebkę w marynarskie pasy, którą kupiliśmy na wspólnych zakupach. Pewnie miała ochotę wyrzucić ją do śmieci, jak wszystko, co się jej ze mną wiązało.

Wytłumaczyłem jej, że to nie jej wina, ale tylko i wyłącznie moja. Przecież orientacji seksualnej się nie wybiera, a Eleanor zasługiwała na kogoś lepszego, niż ja, małego pedałka. Tak, właśnie nazwałem siebie pedałem, bo chyba nigdy nie wybaczę sobie tego, co jej zrobiłem. Zmarnowałem jej prawie rok, żyjąc, jakbym był normalnym, heteroseksualnym facetem. A przecież mogła znaleźć sobie kogoś, kto byłby normalny. Mogłaby być szczęśliwa z kimś innym.

Była ładna. Nawet bardzo, tak bardzo, że dziwiłem się, że chce być z kimś takim jak ja. Miała długie, sięgające łopatek włosy w odcieniu mlecznej czekolady; jej oczy, duże i głębokie, w kolorze o kilka tonów ciemniejsze niż włosy, okalały urocze rzęsy. Jedynym jej mankamentem mogły być trochę zbyt wąskie usta, ale kto tak naprawdę się tym przejmował? Była smukła, prawie jak nimfa, a jej chód był dostojny, zupełnie jak cała ona.

Eleanor wyjęła z torebki komórkę. Wiedziałem, że udaje, że coś w niej grzebie, by poukładać sobie myśli. Zawsze tak robiła, nawet gdy tylko wciskała przypadkowe klawisze w polu wiadomości lub przeglądała menu albo listę kontaktów.

- Jak długo…? – zapytała, lekko drżącym głosem, nadal wpatrzona w ekran swojego telefonu.

Pewnie chodziło jej o to, jak długo już wiem, że jestem homoseksualny.

- Prawie półtorej roku – wyszeptałem nerwowo, trzymając oburącz kubek z zieloną herbatą, która zawsze pomagała trzymać mi nerwy na wodzy; niestety, nie tym razem.

- Och – mruknęła Eleanor, domyślając się, że wiedziałem o mojej orientacji, jeszcze zanim się poznaliśmy; to były ostatnie słowa, jakie wypowiedziała, zanim wstała, popatrzyła na mnie gniewnym wzrokiem i zamachnęła się, wymierzając mi siarczystego policzka.

Zatoczyłem się do tyłu, wylewając trochę herbaty, a Eleanor z furią na twarzy, ubrała swój płaszcz i wyszła, stukając obcasami. Dwie dziewczyny siedzące dwa stoliki obok, mimo, że nie słyszały naszej rozmowy, obdarowały mnie zajadliwymi spojrzeniami, jak większość gości płcy żeńskiej, siedzącej akurat w Serenady, po czym zaczęły szeptać konspiracyjnie za moimi plecami.

Gdyby wiedziały… gdyby tylko znały prawdę.

Dopiłem szybko herbatę, parząc sobie język i wyjąłem z kieszeni banknot, patrząc na rachunek. Rzuciłem na stół, koło kubka pięć funtów i wyszedłem z kawiarni, z uczuciem niewytłumaczalnej lekkości. Nareszcie to zrobiłem. Uwolniłem się do Eleanor, mogłem być sobą.

Czyli po prostu homoseksualnym Louis’m Tomlinsonem.


***

- Nie, Lucy, dobrze wiesz, że farbami plakatowymi nie maluje się ścian! – skarciłem małą pięciolatkę, biorąc z jej rączek pędzel, którym właśnie zamierzała obazgrać na zielono ścianę przedszkola, w którym pracowałem popołudniami – może lepiej weźmiesz kredki i narysujesz mi pięknego motylka?

- Nie ce motylka – rzekła niewyraźnie Lucy, krzyżując ręce na klatce piersiowej, zła, że pokrzyżowałem jej plany.

- To możesz narysować coś innego – zaproponowałem, patrząc, czy inne dzieci z mojej grupy nie poszły w ślady swojej koleżanki i nie mają zamiaru „upiększyć” pustych powierzchni. Na szczęście grzecznie bawiły się, o dziwo, nawet nie wszczynając żadnej kłótni o zabawkę, ani nie wrzeszcząc. Czyli miałem, jak na razie, chwilę spokoju.

Lucy rozpromieniła się momentalnie i podeszła do plastikowego stoliczka, a jej dwa blond kucyki podskoczyły radośnie. Odwróciła się do mnie przodem, biorąc kartkę:

- Naryśuję ci jedńorośca! – wysepleniła, uśmiechając się szeroko, machając w moją stronę białą kartką i siadając obok Timothy’ego oraz Dory, którzy zgodnie budowali na stoliku zamek z drewnianych klocków, kłócąc się, czy powinien mieć on dwie, czy cztery wieże; czyli norma.

- Dobrze, kochanie, narysuj mi jednorożca – odpowiedziałem, odkładając farby i pędzle tak wysoko, by nie mogła ich ponownie dosięgnąć.

Czwarta po południu była czasem na zabawę dla mojej grupy starszaków, nazywana w całym przedszkolu „Śmieszkami”.  Inne przedszkolanki bardzo mnie lubiły i nie mogły się nadziwić, w jaki sposób panuję nad tą bandą rozwrzeszczanych dzieciaków, szczególnie, gdy potrafiły rozpierzchnąć się w różnych kierunkach. Sekret tkwił w czymś prostym – po prostu kochałem dzieci, uwielbiałem z nimi przebywać. Możliwe, dlatego, że sam nie dałem uśmiercić w sobie swojego wewnętrznego dziecka.

Zacząłem sprzątać puzzle, które zostały porozrzucane na podłodze i zostawione bez opieki, zapewne przez jakieś zniecierpliwione dziecko, które wściekło się, że nie potrafiło ich ułożyć. Zbierając kawałek po kawałku, uważałem, by nie nadepnąć na nic, aż w końcu po pięciu minutach żmudnej pracy odłożyłem zamknięte pudełko na półkę, gdzie mieściły się wszystkie gry planszowe i układanki.

Praca w przedszkolu nie należała do najłatwiejszych, ale czułem, że jest to moje powołanie. Nawet, gdy wracałem pod wieczór zmęczony, do mojej kawalerki, po kilku godzinach użerania się z tymi małolatami, czułem się spełniony i nie wyobrażałem sobie innej pracy. Sprawiała, że miałem wrażenie, że gdzieś należę, że jestem na swoim miejscu. Poza tym, po wychowaniu czterech sióstr, miałem duże doświadczenie w łagodzeniu dziecięcych sporów i opiekowania się nawet niemowlakami. A trzeba mieć dużo cierpliwości do takich osóbek, jak moje siostry.

Poczułem, jak Lucy szarpie mnie za brzeg mojej pasiastej koszulki, więc spojrzałem na nią, obdarzając ją uśmiechem. Wyciągnęła w moją stronę kartkę, a ja chwyciłem ją, przyglądając się dosyć ładnie narysowanemu jednorożcowi, biegnącego po tęczy w otoczeniu kilku gwiazdek. Lucy miała naprawdę smykałkę do wszystkich artystycznych rzeczy. Postanowiłem, że porozmawiam na ten temat z jej rodzicami, gdy przyjdą na comiesięczne zebranie podsumowujące, by jej talent się nie marnował.

- Jest przepiękny, Lucy, dziękuję – ucałowałem blondyneczkę w główkę, a jej ogromne, niebieskie oczy zaczęły jarzyć się dumnie – powieszę u siebie na lodówce.

- Yaaayy – klasnęła w dłonie; dzieciaki często dawały mi jakieś dziwne przedmioty, które robiły na zajęciach, ale największym wyróżnieniem było, gdy mówiłem, że zabiorę to do domu, cieszyły się wtedy i czuły docenione; dzięki temu miałem całą lodówkę zawaloną rysunkami, a na niej piętrzyły się bransoletki z makaronu, figurki z plasteliny i inne duperele, których było mi żal wyrzucać.

Usłyszałem pukanie do szklanych drzwi sali, a następnie zobaczyłem jak uchylają się i wychodzi zza nich mama jednego z moich podopiecznych – powoli zaczynały się godziny, w których maluchy zostawiane tylko na sześć do ośmiu godzin dziennie, były zabierane do domu. Od razu zacząłem szukać wzrokiem pary bliźniaków, Simona i Rory’ego. Znalazłem ich, jak bawili się zniszczonymi wyścigówkami.

- Zgadnijcie, kto przyszedł – powiedziałem do nich i jednocześnie unieśli głowy – mama przyszła! Widzicie, jest tam – wskazałem kobietę przy kości, która pomachała swoim dzieciom i dała im znać ręką, by podeszli do niej.

Simon i Rory rzucili się, zostawiając zabawki na ziemi, by uściskać mamę.

- Do widzenia – pożegnała się ich mama, a bliźniacy pomachali mi i wyszli do szatni.

To chyba była najsmutniejsza pora dnia. Dzieci z godzinami ubywało, aż w końcu sala całkowicie opustoszała, a nie było nawet ósmej. Zostałem, by posprzątać za urwisami, co wcale nie było takim łatwym zadaniem. W końcu, gdy ostatni pluszak, ostatnia lalka zostały włożone na półki, odetchnąłem z ulgą. Wziąłem plecak i założyłem na siebie kurtkę, biorąc rzeczy z mojej szafki w pokoju „nauczycielskim”. Pożegnałem się z panią woźną i ruszyłem do mieszkania.

Jęknąłem, gdy przypomniało mi się, że muszę na chwilę wstąpić do sklepu, bo nie mam nic do jedzenia w lodówce. Minusy mieszkania samemu, to fakt, że o wszystko trzeba się troszczyć. Nie ma nikogo, kto zrobił by zakupy albo posprzątał za mnie, gdy nie mam czasu. Było w nim tak pusto, że z niechęcią do niego wracałem.

Zaparkowałem mojego wysłużonego garbusa przed sklepem; łatwiej było zgasić silnik, niż go odpalić…

Przydałby mi się współlokator, pomyślałem, wchodząc do całodobowego Tesco Express i biorąc niebieski koszyk do ręki.

Zamyśliłem się przy pieczywie, starając sobie przypomnieć, co powinienem kupić. Chleb, masło, jakieś owoce, coś słodkiego, szynkę, ser… pogrzebałem w kieszeniach kurtki, szukając pieniędzy. Znalazłem siedem funtów i dwadzieścia osiem pensów. Nigdy nie lubiłem nosić portfela, ale miało to także swoje minusy. Przejrzałem torbę i znalazłem kolejne trzy funty. Czyli do dyspozycji miałem dziesięć funtów i dwadzieścia osiem pensów. Wystarczyło na jedzenie dla jednej osoby. W końcu nie potrzebowałem jeść niczego wykwintnego.

Chwyciłem chleb, wkładając go do koszyka, a potem skierowałem się do lodówek. Wyciągnąłem dwa piwa i butelkę wody. Dalej był nabiał – w koszyku wylądował czteropak jogurtu truskawkowego i żółty ser  w plastrach. Nigdy nie wiedziałem, jaka jest różnica między Goudą, a Edamem, ale nie przeszkadzała mi ta niewiedza.

Skończywszy zakupy, udałem się do mieszkania. Taszcząc siatki na czwarte piętro bloku (bo winda nadal czekała na przybycie mechanika od jakiś dwóch tygodni), zmachałem się co nie miara. Z ulgą rzuciłem wszystko na blat kuchenny i zapaliłem światło, już wolnymi rękoma. Rzuciłem płaszcz na krzesło i otworzywszy puszę z piwem, położyłem się na łóżku i włączyłem telewizor. Akurat leciały wiadomości, gdy moja komórka zawibrowała. Z niechęcią przekręciłem się, by wyjąć ją z tylnej kieszeni spodni. Trochę się nagimnastykowałem, ale udało mi się.

Od: Liam (20:26)
 
Dasz mi numer do Danielle?
Jęknąłem cicho, gdy przeczytałem wiadomość od Liama, z którym chodziłem razem do collage’u, tylko na różne kierunki i który pomagał mi z matematyką, mimo, że był rok niżej ode mnie. Uchodził na uniwerku za jakiegoś geniusza matematycznego. Wszyscy bili się  o miejsca w gronie jego stałych uczniów, których miał tylko kilka. Ale za to, jakie oni potem osiągali wyniki… miałem to szczęście, że kiedyś pomogłem mu w zdobyciu trudno dostępnych książek – mój wujek ma ogromną księgarnię w Cambridge – i tak trafiłem do tego elitarnego grona.

Liam poznał Danielle, gdy akurat mieliśmy razem zmianę w przedszkolu. Danielle dorabiała jako przedszkolanka, ale tak naprawdę marzyła jej się kariera wielkiej tancerki. Kończyła studia taneczne, dostała nawet stypendium i coraz prężniej pięła się po drabinie kariery, co odbiło się na jej zmianach w przedszkolu. Pracowała tylko dwa dni w tygodniu, ale i tak, gdy Liam kiedyś przyszedł mnie odwiedzić, zobaczył jak rozmawiam z Danielle… i od razu się zakochał. Wypytał mnie o to, kiedy pracuje i ile godzin. Aż stał się stałym bywalcem w piątkowe i środowe popołudnia, trochę spóźniając się do pracy w jakimś biurze turystycznym, w którym miał etat. Często przyłapywałem go na rozmowach z Danielle, która wydawała się być nim rzeczywiście zainteresowana, ale była zbyt nieśmiała, by wykonać następny krok. Taki był również Liam.

Jedynak widocznie Liam miał dosyć czekania i postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Po cichu kibicowałem im. Danielle była cudowna, a Liam wydawał się w porządku. Pasowali do siebie.

Podałem mu numer, życząc powodzenia. Niech chociaż ktoś będzie szczęśliwy, skoro ja nie jestem.

- Dobro innych zawsze najważniejsze – mruknąłem, upijając piwa, a w ustach poczułem gorzkawy smak trunku.

Dobrze, że był piątek, przynajmniej mogłem się czegoś napić…

Nie minęło piętnaście minut, gdy telefon ponownie się odezwał, ale tym razem nie był to Liam. Zastanawiałem się, kto jeszcze mógł czegoś ode mnie chcieć w ten czwartkowy, leniwy wieczór. Uniosłem wysoko brwi, czytając wiadomość.

Od: Zayn-pizda (20:39)

 Usłyszałem od Violetty, że jesteś gejem. Podobno Eleanor jej to powiedziała. Czy to prawda?
Rzadko dostawałem sms’y od mojego kolegi, syna dyrektorki, Zayna Malika. Poznaliśmy się, gdy on zaczynał studia, rok temu i postanowiłem go oprowadzić… do póki nie dowiedziałem się, kim tak naprawdę jest… i jakie z niego ziółko. Normalnie już na pierwszy roku by go wyrzucili, ale jeśli szkołą rządzi jego mamuśka, może robić wszystko, co mu się żywnie podoba, nie licząc się z konsekwencjami.

Zakląłem. Skoro Zayn wiedział o moim małym „sekrecie”, to musiała wiedzieć już przynajmniej połowa szkoły. Byłem przegrany. Jak Eleanor mogła mi coś takiego zrobić?

No tak, pomyślałem, wzdychając w duchu, przecież okłamywałem ją prawie rok, że jestem w niej zakochany. Musiała poczuć się odrzucona i oszukana.

Chciałem, by wszyscy się dowiedzieli, że jestem homoseksualny… ale nie teraz, nie w taki sposób!

Odpisałem:

Do: Zayn-pizda (20:42)
 
Jak dużo osób wie?
Nie musiałem długo czekać na odpowiedź.

Od: Zayn-pizda (20:45)

Wystarczająco dużo, kochasiu, uwierz mi. 
Opadłem na łóżko, wyłączając komórkę. Jeśli to, co mówił Zayn jest prawdą, to zaraz miałem dostać strasznie dużo wiadomości i telefonów od osób, które znałem, a które nic nie wiedziały. Albo, co gorsza, wiadomości z wyzwiskami. Bałem się tego, cholernie się bałem. Ale mówi się trudno.

- Za wszystkich pedałów! – zaśmiałem się pod nosem i pociągnąłem kilka dużych łyków z puszki, zupełnie nie martwiąc się o to, co mówią inni.

Szczerze?

Miałem to gdzieś.




-----------------------------------------

Witam, witam, kłania się Larry. Jak już mogłyście zauważyć, rozdziały są pisane raz z perspektywy Harry'ego raz Louis'ego. Żeby nie została zachwiana równowaga :) Nie wiem, dlaczego, ale uwielbiam to, jak się nawzajem uzupełniają, a wy? I nawet jeśli ktoś mówi, że Larry to Bullshit, to ja mówię Larry is Real! Chyba to przez te ostatnie pornosy, które się o nich naczytałam (polecam "Heat" - czyli mała zabawa w windzie hihihihihihi)

Cóż... wiele nie mam do powiedzenia, wy czytajcie, a ja idę rajać się wszystkimi możliwymi gifami z LARRYM. MRR.

W każdym razie, mam pytanie. Czy byłybyście zainteresowane kupnem mojej książki? (na razie czekam na odpowiedź od wydawnictwa, powinnam wiedzieć więcej gdzieś w połowie grudnia) odpowiadajcie w komentarzach.



14 komentarzy:

  1. PIERWSZA ! zajebisty rodział ! bardzo mi sie podoba to opowiadanie choć to dopiero początek . :D życze powodzenia i nieustającej weny . :) hahaha !! xd @fridaydude

    OdpowiedzUsuń
  2. " zayn pizda " HAHAHAHAHHA rozwaliło mnie to! + co do książki, to chętnie bym przeczytała :) x

    OdpowiedzUsuń
  3. oczywiście że bym kupiła książkę :) a co do opowiadania zapowiada się ciekawie (czytam każde twoje opowiadanie) :3

    OdpowiedzUsuń
  4. "zayn-pizda" a ja leżę i kwiczę xD Taka uwaga na marginesie, to właśnie w okolicach pierwszego SMS'a od Malika jest, że najpierw jest piątek, a potem jednak okazuje się, że jest czwartek.. wehikuł czasu, ja też chcę! ;DD
    "Za wszystkich pedałów!" to ja też mogę wypić, tylko że herbatę xD A rozdział boski, twoje opowiadania mogę czytać i czytać i czytać i czytać...
    WYDAJESZ KSIĄŻKĘ!? Omg! ja ją kupię, nawet 100 egzemplarzy! w końcu jestem twoją (superpsycho xD)fanką, wypadałoby, prawda? to jak już się pochwaliłaś, że napisałaś coś dużego, to może jakiś spojler? chociaż o czym jest (chociaż to nieważne i tak przeczytam)! ^.^
    Nie wiem, co mogę jeszcze napisać, ale jak serio wydasz książkę to będę wciskała ją wszystkim znajomym i chwaliła się, że znam autorkę, mwahaha! <33

    Cheers xxx

    royal-life-with-one-direction.blogspot.com

    PS. Nawet nie wiesz, jak ja się cieszę, że wydałaś książkę! Dobra, trochę chore, że tak się jaram, ale jakiż byłby świat, bez wariatów ;]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znaczy, na razie to nic pewnego, wysyłam ją do różnych wydawnictw i zobaczę co z tego wyjdzie :D A o czym jest... to smutas, ma ok 13 tys słów (czyli krótki) i opowiada o dziewczynie, która nie potrafi sobie poradzić ze śmiercią ukochanego.

      Usuń
    2. To raczej opowiadanie, a nie książka. Za krótkie jest.

      Usuń
    3. Różnie można definiować książkę :)

      Usuń
  5. chętnie bym poczytała twoją książke ;d rozdział świetny



    Zayn-pizda :D XD

    OdpowiedzUsuń
  6. jak widzę opowiadanie wciąż się rozkręca - super! I fajnie, że będziesz pisała z perspektywy ich obu, bo dzięki temu można się więcej dowiedzieć, lepiej ich poznać. Cokolwiek by powiedzieć o El, to chyba ją rozumiem. Niełatwo pogodzić się z czymś takim. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Już nie mogę się doczekać momentu, gdy losy chłopców zaczną się przeplatać :) Uwielbiam twój sposób pisania. Pozdrawiam i życzę wielu pomysłów

    @KateStylees
    http://1d-my-little-mystery-girl.blogspot.co.uk/

    OdpowiedzUsuń
  7. książka!!!!!! Jasne, że kupię:) Po takim rozdziale byłabym pierwsza w kolejce!
    A c do rozdziału to jak zawsze extra. Lubię twoje poczucie humoru. Czekam na więcej:)
    Fanka Eliza
    PS: Zapraszam do mnie I-want-to-stay-forever-young.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. genialne. uwielbiam twoje opowiadania *.* czekam na nn
    ~jedna z wiernych fanek..

    OdpowiedzUsuń
  9. + napewno bym przeczytała twoją książkę (;

    OdpowiedzUsuń
  10. Świetny rozdział nie dziwie się El że wszystkim powiedziała Lou ją zranił i to bardzo ale teraz on będzie miał przesrane za przeproszeniem Poproszę o link do Heat ;)
    Pozdrawiam
    Ada

    OdpowiedzUsuń