środa, 17 października 2012

Rozdział 1





Rok szkolny na uczelni zaczynał się tak, jak się tego spodziewałem – całkowicie za szybko i zbyt chaotycznie, powodując w moim życiu rozprzestrzenienie się paniki i morza łez, wylanych przez moją mamę. Jej synek nareszcie staje się mężczyzną, wyprowadza się z rodzinnego domu, z pokoju, który zajmował przez ponad osiemnaście lat i wprowadza się do całkiem nieznanego miasta, stolicy kraju, by tam zgłębiać tajniki pieczenia i innych gałęzi przemysłu gastronomicznego.

Tak, ja Harry Styles w momencie, kiedy przestałem być uzależnionym od rodziców i sam rozpoczynałem nowe życie w Londynie w akademiku, który rządził się swoimi prawami, zaczynałem w końcu żyć pełnią życia, jak na prawdziwego studenta przystało. A to oznaczało tylko jedno – imprezy. Ewentualnie nauka… ha, już widzę siebie, ślęczącego na książkami! To nie należy do moich zwyczajów.

Idąc na studia miałem także nadzieję, na znalezienie kogoś takiego, jak ja. Od dawna wiedziałem, że nie jestem normalny, ale mi samemu jakoś to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, czułem się dobrze z moją odmiennością… dopóki spokojnie siedziała ukryta w szufladzie mojego biurka. Problemy zaczęły się, gdy wszyscy się dowiedzieli… i nagle przestałem być tym „lubianym” i „nie-mogącym-odpędzić-się-od-dziewczyn” Stylesem. Od początku mojego ostatniego roku w szkole wytykali mnie palcami, po tym, jak w obrót poszedł filmik, na którym całuję się z kolegą na imprezie. I tak zostałem napiętnowany. Chłopacy co chwilę czynili jakieś aluzje a propo mojej orientacji seksualnej, a dziewczyny udawały, że się ze sobą całują, a w ich oczach kryło się obrzydzenie…. Do mnie. Do tego, kim jestem. Do tego, czym się stałem.

Jeden głupi pocałunek… a zmienił całe moje życie.

Ale stałem się z tego powodu szczęśliwszym człowiekiem. Nareszcie byłem sobą, a nie tylko ładą lalką na pokaz, która udawała, że pasuje do miejsca, które tak naprawdę wydawało jej się obce i tak cholernie zimne oraz puste. Takie… bez znaczenia.

A Londyn… był dla mnie jak nowa szansa, dla kogoś takiego jak ja. Człowieka z odzysku, zmęczonego przez życie. Nie potrafiącego kochać już nikogo, ani niczego. Nie potrafiącego zagrzać miejsca nawet przy boku przyjaciół. Stałem się wiecznym włóczęgą, kimś, kto żyje tylko faktem, że nikt go dobrze nie zapamięta, ani nie pozna. Ale to miało się zmienić… bo tak się składało, że pokój dzieliłem z dwoma chłopakami z rocznika wyżej.

Chodziliśmy do tego samego uniwerku, ale na inne kierunki. Nie znałem ich dobrze, tylko tyle, co pogadaliśmy na twitterze, by jakoś zgrać się przyjazdem. Zapamiętałem ich imiona, co i tak było wyczynem jak na mnie, wiecznego zapomnalskiego – Liam i Niall. Ten pierwszy wydawał się uporządkowany i poważny, a drugi – wyluzowany i czerpiący garściami z życia. Miałem nadzieję, że nigdy nie będę zmuszony powiedzieć im o mojej tajemnicy. Miałem nauczkę, jak kończy się obnażanie przed innymi… i wcale nie miałem pewności, czy Liam i Niall okażą się bardziej tolerancyjni. Bałem się znowu zaufać – życie przekonało mnie, że bezpieczniejszy jest lekki dystans. Wtedy nikt nie będzie mógł cię zranić.

Pełen obaw, ale także podekscytowania, jakieś dwa dni przez rozpoczęciem roku akademickiego, stanąłem przed drzwiami do pokrytego czerwoną cegłą, budynku, który podczas większości roku miał robić za mój tymczasowy dom. Po mokrym i całkowicie żenującym pożegnaniu wyruszyłem z Holmes Chapel w Cheshire do mojego miejsca docelowego, czując się jak ktoś zupełnie nowy. Ale bycie nowym zawsze ma swoje minusy…

Ledwo przytaszczyłem swoje bagaże na drugie piętro, gdzie mieścił się mój pokój. No, może tylko w jedne trzeciej, a do tego kuchnia i łazienki były wspólne dla całej połowy piętra,  mieszczącego się w lewym skrzydle (czyli dla około dwudziestu paru osób – istnie pionierskie warunki, czułem się tak, jakbym znowu pojechał za młodu na obóz harcerski), ale i tak cieszyłem się, że znalazł się dla mnie jakiś wolny kąt. Jako dojeżdżający z daleka student, miałem łatwość w zdobyciu praktycznie darmowego miejsca zamieszkania. Jednak oprócz tego musiałem znaleźć sobie jakąś pracę, by mieć na bieżące wydatki… to wszystko trochę mnie przerażało, ale jednocześnie fascynowało. To było jak nowe wyzwanie, a ja od zawsze lubiłem się wykazać. Była okazja – więc ją wykorzystywałem.

Niepewnie zapukałem do pomalowanych na biało, drewnianych drzwi, za którymi momentalnie rozległy się jakieś głuche odgłosy, a ja, jak gdyby nigdy nic, przypatrywałem się ze skupieniem metalowej ósemce, trochę obdrapanej, przymocowanej do drzwi dokładnie nad napisem: „Lucky Room”. Niby dlaczego ten pokój miał być szczęśliwy?

Drzwi otworzyły się z hukiem i zobaczyłem przed sobą miłego szatyna, który patrzył na mnie z ciekawością w orzechowych oczach. Uśmiechnął się do mnie zachęcająco, po czym odezwał się:

- Ty musisz być Harry, tak?

Przytaknąłem, a chłopak wpuścił mnie do środka. Nie minęła nawet sekunda, gdy coś wielkiego i włochatego uderzyło mnie w twarz, aż poczułem sierść pomiędzy zębami. Zacząłem pluć, a to brązowe „coś” uderzyło z plaskiem na podłogę, wydając z siebie odgłos, jakby ktoś zażynał świnię.

- Strasznie cię przepraszam, myślałem, że uderzy w Liama! – od razu podbiegł do mnie blondyn, ze skruszoną miną, podnosząc z ziemi „włochacza”, którym okazał się pokaźnych rozmiarów pluszak w kształcie szkockiej krowy (takiej rdzawo brązowej i włochatej) z dzwonkiem na szyi.

Liam skarcił współlokatora spojrzeniem, jak surowy ojciec.

- To jest Harry, nasz nowy kolega – przedstawił mnie Liam, a blondyn od razu energicznie uścisnął mi dłoń, wprawiając w niekontrolowane drgawki całą moją rękę, aż do barku; nie miałem pojęcia aż tyle siły może mieścić się w tak małym ciałku!

- Miło mi cię poznać Harry, jestem Niall. Niall Horan – uśmiech nie schodził blondynowi z twarzy, podczas, gdy Liam nadal miał minę rodzica, ale widocznie musiało to być u niego normalne, bo Niall nic sobie z tego nie robił.

Liam westchnął i gestem ręki wskazał mi kąt pokoju, gdzie stało wolne, świeżo pościelone łóżko, stoliczek, komoda i kilka półek powieszonych na ścianie. To miała być od dzisiaj moja przestrzeń osobista. Trochę mniejsza, niż ta, do której byłem przyzwyczajony, ale nie było aż tak tragicznie. Wręcz przeciwnie, zapowiadało się całkiem… dobrze.

Walnąłem swoje walizki na łóżko i jęknąłem, gdy bolący bark dał o sobie znać. Na moje szczęście miał to być koniec dźwigania zbędnego bagażu. Przynajmniej przez jakiś czas. Moje plecy miały tego dosyć i w sumie, ja też.

- Skąd jesteście? – zapytałem, nie chcąc, by zapadła pomiędzy nami nieprzyjemna cisza.

- Ja z Wolverhampton – rzekł dumnie Liam, siadając na swoim łóżku.

- Mullingar, Irlandia – odpowiedział tylko Niall, wskazując wielką flagę Irlandii nad swoim łóżkiem, pomiędzy oknem, z zasłonkami w zielono-niebiesko-białe paski, a półkami przywieszonymi dokładnie nad miejscem, gdzie znajdowała się poduszka na jego łóżku.

- I co studiujecie? – kontynuowałem, rozpinając walizkę i wyciągając książki na półkę, która zdecydowanie za szybko zaczęła się zapełniać; jak ja pomieszczę tam wszystkie moje rzeczy?!

- Akustykę, z gitarą, jako instrumentem przewodnim – usłyszałem Nialla, który zaczął coś szukać po szafkach, aż znalazł wielkie opakowanie M&M’sów i zaczął je otwierać, co dosyć opornie mu to szło.

- Jestem na Turystyce i Rekreacji – uniosłem brwi ze zdziwienia; niewielu wybierało ten kierunek – uwielbiam podróżować i pomagać innym ludziom ujawniać piękno niektórych miejsc. Czy wiedziałeś, że… - Liam zaczął swój wywód, a ja taktownie potakiwałem, udając, że mnie to interesuje; bałem się, że przyjdzie moment, kiedy zapytają, co ja wybrałem.

- A ty… - odchrząknął Niall, mając najwidoczniej dosyć paplaniny Liama – co studiujesz?

Zacisnąłem mocno usta, aż zamieniły się w cienką szparkę.

- Ja… gastronomię z hotelarstwem – wyjąkałem, czując się jak ostatni imbecyl, który nie potrafił dostać się na nic porządnego, tylko na.. pff… gastronomię.

Jednak prawda była taka, że uwielbiałem gotować. Żyłem nowymi przepisami i skrycie marzyłem, by mieć kiedyś taką małą restaurację, serwującą cudowne trufle i wyborne filety z kurczaka z grillowaną cukinią… na samą myśl o całkowicie moim biznesie, rozmarzyłem się. Niestety, to nie była bajka, a ja nie miałem dużych szans zabłysnąć z moim, tak naprawdę gówno wartym, marzeniem. Gdy tylko o tym mówiłem znajomym, śmiali się, ale gdy tylko zauważali, że nie żartuję, wpadali w dziwny stan otępienia, jakby pytając: „Po kiego kija ci restauracja?”.Cóż… po takiego. Każdy ma swoje marzenia. Ja mam swoje.

- Och – wydukał w końcu Liam, nie wiedząc, co powiedzieć, a ja dostrzegłem wyraz zakłopotania na jego twarzy – To… hmm… interesujące. Dlaczego właśnie… emm… gastronomia?

Czułem, że nawet gdybym zaczął się produkować, to i tak nie przekonałbym to tego chłopaków, więc odpuściłem sobie, machając ręką:

- Kocham to. Tyle.

Ku mojemu zdziwieniu, Niall pokiwał głową ze zrozumieniem i zaczął mówić, mimo garści cukierków w ustach:

- Ja tłeż…! Uwielbłiam głatć na giutarze. Ce być muizykiem – przełknął, po czym podsunął w moją stronę paczkę, z której wziąłem tylko czerwone kulki – Wszyscy mówili, bym to sobie odpuścił, ale ja uparcie dążyłem do celu… i oto tu jestem! – rozpostarł ręce, jakby cały świat mieścił się w jednym pokoju.

Zaśmiałem się.

Może te studia nie miały być takim czarnym okresem w moim życiu?


***

Maszerowałem raźno po brukowanym dziedzińcu collage’u, trzymając w torbie na jedno ramię, duży zeszyt w formacie A4 i mój ulubiony długopis w szare, pręgowane kotki (oraz kilka zapasowych, tak w razie, gdyby się wypisał) oraz kilka podręczników, których nawet nie raczyłem otworzyć. Niektóre z nich nie miały ani jednego zagniecenia, czy powyginanego rogu. Jednak jedna, spoczywająca na samym dnie mojej torby wyglądała tak, jakby przeżyła trzęsienie ziemi, powódź czy inną katastrofę. Niektóre napisy były poprawione długopisem, a na marginesach zostały powypisywane moje odręczne notatki. Pisane szybko, w trakcie pieczenia i gotowania, zawierały cenne wskazówki i ciekawostki, które wyszukiwałem w Internecie i podczas własnych eksperymentów. Były jakby uzupełnieniem tego, czego brakowało w książce.

Spojrzałem na niebo, gdy pierwsza mokra kropla spadła mi na policzek, a potem powoli sunęła po mojej skórze, pozostawiając po sobie uczucie nieprzyjemnego zimna. Musiałem się pośpieszyć na zajęcia, jeśli nie chciałem, by deszcz przywitał mnie już pierwszego dnia. Od razu wysłużyłem kroki, widząc, że wejście do budynku B jest otwarte na oścież i tylko na mnie czeka… a deszcz padał coraz mocniej, mocząc moje włosy. Zakląłem pod nosem, wiedząc, że jeśli zmoczą się całkowicie, będę wyglądał jak jakaś małpa, albo, jak to zawsze mówiła moja starsza siostra Gemma, jak mały Tarzan.

W ostatniej chwili dopadłem do krużganek, czując jak włosy opadają mi ciężko, puklami, na czoło. Wytrzepałem je, mocno potrząsając głową, wyglądając pewnie jak pies po kąpieli. Spojrzałem na zegarek. Miałem niecałe dziesięć minut, by znaleźć salę, a do przeszukania miałem cały budynek. Rozejrzałem się dookoła, aż w końcu zauważyłem, że ktoś idzie korytarzem, nerwowo obracając paczkę fajek w dłoni.

Miał czarne włosy i wyglądał mi na obcokrajowca. Jego ciemne oczy przeszyły mnie, gdy podszedłem do niego, z lekkim uśmiechem, przyklejonym do ust. Nie lubiłem się uśmiechać, ale mimo wszystko, tego wymagała sytuacja. Zmierzył mnie wzrokiem, gdy zagrodziłem mu drogę i zapytałem, w miarę neutralnie:

- Hej, wiesz może gdzie jest sala… - spojrzałem na swój plan wykładów – 106a?

Mulat obrócił się tak, jakby miał nadzieję, że to nie do niego zostało skierowane pytanie, aż w końcu, zaciskając mocno usta, rzekł, z dziwnym akcentem:

- Idź prosto, potem w lewo, po schodach na pierwsze piętro i wejdź w przeszklony korytarz. Na jego końcu są klasy od 102 do 109 – odpowiedział, wskazując mi korytarz za sobą, a gdy wygiąłem głowę, zobaczyłem z daleka pierwsze stopnie schodów.

- Dzięki!  -pomachałem mu, gdy zaczął się oddalać i pomyślałem, że jest strasznie dziwny, ale nie miałem czasu, by dłużej się nad tym zastanawiać.

Prawie truchtem popędziłem pod moją salę. Byłem strasznie uradowany, gdy rzeczywiście tam była, otwarta na oścież. Zmarszczyłem brwi, ponownie patrząc na zegarek. Niemożliwe, żeby wykład już się zaczął. Niepewnie wszedłem do klasy, ostrożnie stąpając i zamarłem, widząc, że prawie wszyscy uczniowie już są na swoich miejscach,  a profesor patrzy na mnie tak, jakby chciał mnie zabić.

- Spóźnienie, panie…

- Styles. Harry Styles. – wydyszałem na jednym wdechu, próbując złapać oddech.

- No więc, panie Styles. Pierwsze zajęcia, a pan już się spóźnia… to nie wróży nic dobrego. – kontynuował profesor, coś bazgrząc w dzienniku – Mam nadzieję, że to się nie powtórzy.

- Ale nawet nie ma jeszcze dziewiątej! – rzekłem z wyrzutem w głosie, a dziewczyna w pierwszym rzędzie wstrzymała powietrze, aż spojrzałem na nią zdziwiony.

Nauczyciel przeszył mnie spojrzeniem, aż zgarbiłem się pod jego mocą. Wyglądało, że on i ja nie zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi na zawsze.

Ups… wyszeptał mój umysł, uciekając gdzieś daleko, byle jak najdalej od tego starego zgreda.

- Co nie oznacza, że może pan się wałęsać po szkole, lekceważąc sobie fakt, że zawsze zaczynam wykłady pięć minut przed czasem, by zobaczyć, którzy uczniowie są kompetentni – przelotnie omiótł spojrzeniem klasę, a potem ponownie spojrzał na mnie – a którzy sobie bimbają. Niestety, panie Styles, wyszło na to, że na leżysz do tej drugiej grupy… - przerwał, bo zobaczył, że jeszcze trzy osoby dobiegają, zdyszane – Nazwiska! – wysyczał, a potem wskazał całej naszej czwórce gestem, by zajęli miejsca i rozpoczął swój wykład.

Obserwowałem go z kpiącym uśmieszkiem, starając notować sobie tylko najważniejsze rzeczy. Zapowiadała się dosyć krwawa bitwa pomiędzy nami dwoma.




------------------------------------
 Tak więc.... jestem Emma, a jeśli mnie nie znacie to w zakładce "kontakt" jest wszystko :) Przeniosłam tego bloga z mojego Tumblra tutaj, licząc na większe zainteresowanie.

Larry jest chyba inny niż wszystkie bromance... nie wiem dlaczego, ale jest w nim coś tajemniczego, ale jednocześnie zabawnego, co przyciąga... może dlatego taż tak go lubię.

Liczę na jakiekolwiek opinie na temat rozdziału. xx

11 komentarzy:

  1. Ten blog ma coś w sobie :) x
    Czekam na następny!

    OdpowiedzUsuń
  2. Rzucił w niego czymś włochatym... No, na pewno nie wyobraziłam sobie pluszowej szkockiej krowy... Obstawiałam owłosionego kotleta, ale trudno xD
    Harry na gastronomii = Nialler w niebie. Dziwne, że Niall nie zareagował z większym entuzjazmem na wieść, że jego współlokator będzie pewnie dużo gotować. Ale może nie chce się zdradzić? Albo po prostu pominęłaś ten szczegół, w końcu na blogu postacie rządzą się swoimi prawami xD
    Czemu zawsze jak widzę nazwę "wolverhampton" to czytam to tak: "wolverhampton eeej makarena!"? xD Cóż, jestem dziwna xD
    Zayn dziwny. Skądże znowu, w końcu oni wszyscy są w pełni normalni xD
    Ale dobra. Był Liam, Niall i Zayn, Harry jako główny bohater, no ale.. Gdzie jest Louis? Zagadka miesiąca ;]
    Pozostaje mi tylko czekać na nexta ^^

    Cheers xxx

    royal-life-with-one-direction.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Sorry, ale.... ahahhhhahhahhahha. Włochaty kotlet?! Jebłam :D
    BRADFORD MULLINGAR HOLMES CHAPEL DONCASTER EEEEE MACARENA!!

    Cóż... mogę ci tylko zdradzić, że następny rozdział będzie z perspektywy Lou ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. O, widzę, że kolejny świetny blog Emmy :D Uwielbiam Cię dziewczyno, nawet nie wiesz jak bardzo. Rozdział (jak każdy, który napisałaś) świetny, czekam na następny. Patrycja x

    OdpowiedzUsuń
  5. piosenka u mnie w zwiastunie na blogu, to Anya Marina - Satelitte Heart :) Całuję xx
    http://i-will-be-ur-man.blogspot.com/
    ps. super rozdział! właśnie przeczytałam i na prawdę mi się podoba :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, zaczęłam sobie jej słuchać i nie mogę się od niej odpędzić :)xx

      Usuń
  6. dopiero tu trafiłam, czytam twojego bloga o Harrym&Chloe i bardzo mi się podoba :) ten, jest wprost genialny, kocham Larry'ego i z wielkim bananem na twarzy przeczytałam 1 rozdział! uwielbiam twoją twórczość, masz w sobie to coś co mnie zaciekawia za każdym razem.<3 /aurelie.x

    OdpowiedzUsuń
  7. Jako wierna czytelniczka twoich pozostałych blogów, tak i tu nie mogło mnie zabraknąć ;) Ale nie muszę się podlizywać, bo przecież i tak wiesz, że cudownie piszesz ;) Już po przeczytaniu prologu wiedziałam, że będzie super! Trochę zdziwił mnie brak entuzjazmu ze strony Nialla na wieść o studiach Harry'ego. Chyba spodziewałam się irlandzkiego tańca radości ;) Ale już jestem ciekawa jak im się będzie mieszkać razem. Może być fajnie. Zayn taki tajemniczy... Cudownie :) Aż mam ochotę rozwikłać zagadkę jego dziwnego zachowania ;) A ten profesor? Miałam przez chwilę wrażenie, że może chodzimy razem na zajęcia :D Tylko mój jeszcze drzwi zamyka na klucz, żeby już nikt nie wszedł... No i czekam na Louisa. Z wielką niecierpliwością :) Jejku, powtarzam się, ale nie wiem dlaczego, jakoś jestem strasznie nakręcona na to opowiadanie ;)
    Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego

    @KateStylees
    http://1d-my-little-mystery-girl.blogspot.co.uk/

    OdpowiedzUsuń
  8. Nieeesamowite jak zawsze. Nie będę tu pisać wypracowań nie wiadomo jakich, ale po prostu kocham twój styl. Czekam na ciąg dalszy.
    Fanka eliza.
    PS zapraszam do mnie: http://i-want-to-stay-forever-young.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Mega naprawdę wciągający prolog Chętnie zagłębie się w tą historie
    Pozdrawiam
    Ada

    OdpowiedzUsuń