środa, 24 października 2012

Rozdział 2




Liście zaczęły powoli żółknąć, a deszcz padał częściej niż zazwyczaj, a to oznaczało tylko jedno – za tydzień miał rozpocząć się październik, miesiąc typowo jesienny i ponury.

Siedzieliśmy w kawiarence Serenady, uroczym miejscu, w stylu vintage – z brudno różowymi ścianami, obrazami kwiatów i starych gwiazd kina angielskiego, które patrzyły na gości no stop -, gdzie mieliśmy zwyczaj spotykać się w porze lunchu, pomiędzy naszymi zajęciami. Normalnie pewnie śmialibyśmy się i rozmawiali o zajęciach, profesorach, naszej pracy, opowiadając śmieszne anegdotki, jedząc ciastko i pijąc kawę… jednak nie tym razem.

Wyginałem sobie palce, starając patrzeć wszędzie, byle nie na nią, ale i tak wiedziałem, że wywierca we mnie dziurę swoimi brązowymi oczami, próbując zrozumieć, dlaczego… dlaczego tkwiłem w tym związku, nie mówiąc jej prawdy, o tym czym jestem? Nie płakała, bo nigdy nie miała tego w zwyczaju, ale milczała, a ta cisza wydawała się być nawet gorsza, niż rozmowa. Odgarnęła włosy z czoła i westchnęła, biorąc do ręki swoją torebkę w marynarskie pasy, którą kupiliśmy na wspólnych zakupach. Pewnie miała ochotę wyrzucić ją do śmieci, jak wszystko, co się jej ze mną wiązało.

Wytłumaczyłem jej, że to nie jej wina, ale tylko i wyłącznie moja. Przecież orientacji seksualnej się nie wybiera, a Eleanor zasługiwała na kogoś lepszego, niż ja, małego pedałka. Tak, właśnie nazwałem siebie pedałem, bo chyba nigdy nie wybaczę sobie tego, co jej zrobiłem. Zmarnowałem jej prawie rok, żyjąc, jakbym był normalnym, heteroseksualnym facetem. A przecież mogła znaleźć sobie kogoś, kto byłby normalny. Mogłaby być szczęśliwa z kimś innym.

Była ładna. Nawet bardzo, tak bardzo, że dziwiłem się, że chce być z kimś takim jak ja. Miała długie, sięgające łopatek włosy w odcieniu mlecznej czekolady; jej oczy, duże i głębokie, w kolorze o kilka tonów ciemniejsze niż włosy, okalały urocze rzęsy. Jedynym jej mankamentem mogły być trochę zbyt wąskie usta, ale kto tak naprawdę się tym przejmował? Była smukła, prawie jak nimfa, a jej chód był dostojny, zupełnie jak cała ona.

Eleanor wyjęła z torebki komórkę. Wiedziałem, że udaje, że coś w niej grzebie, by poukładać sobie myśli. Zawsze tak robiła, nawet gdy tylko wciskała przypadkowe klawisze w polu wiadomości lub przeglądała menu albo listę kontaktów.

- Jak długo…? – zapytała, lekko drżącym głosem, nadal wpatrzona w ekran swojego telefonu.

Pewnie chodziło jej o to, jak długo już wiem, że jestem homoseksualny.

- Prawie półtorej roku – wyszeptałem nerwowo, trzymając oburącz kubek z zieloną herbatą, która zawsze pomagała trzymać mi nerwy na wodzy; niestety, nie tym razem.

- Och – mruknęła Eleanor, domyślając się, że wiedziałem o mojej orientacji, jeszcze zanim się poznaliśmy; to były ostatnie słowa, jakie wypowiedziała, zanim wstała, popatrzyła na mnie gniewnym wzrokiem i zamachnęła się, wymierzając mi siarczystego policzka.

Zatoczyłem się do tyłu, wylewając trochę herbaty, a Eleanor z furią na twarzy, ubrała swój płaszcz i wyszła, stukając obcasami. Dwie dziewczyny siedzące dwa stoliki obok, mimo, że nie słyszały naszej rozmowy, obdarowały mnie zajadliwymi spojrzeniami, jak większość gości płcy żeńskiej, siedzącej akurat w Serenady, po czym zaczęły szeptać konspiracyjnie za moimi plecami.

Gdyby wiedziały… gdyby tylko znały prawdę.

Dopiłem szybko herbatę, parząc sobie język i wyjąłem z kieszeni banknot, patrząc na rachunek. Rzuciłem na stół, koło kubka pięć funtów i wyszedłem z kawiarni, z uczuciem niewytłumaczalnej lekkości. Nareszcie to zrobiłem. Uwolniłem się do Eleanor, mogłem być sobą.

Czyli po prostu homoseksualnym Louis’m Tomlinsonem.


***

- Nie, Lucy, dobrze wiesz, że farbami plakatowymi nie maluje się ścian! – skarciłem małą pięciolatkę, biorąc z jej rączek pędzel, którym właśnie zamierzała obazgrać na zielono ścianę przedszkola, w którym pracowałem popołudniami – może lepiej weźmiesz kredki i narysujesz mi pięknego motylka?

- Nie ce motylka – rzekła niewyraźnie Lucy, krzyżując ręce na klatce piersiowej, zła, że pokrzyżowałem jej plany.

- To możesz narysować coś innego – zaproponowałem, patrząc, czy inne dzieci z mojej grupy nie poszły w ślady swojej koleżanki i nie mają zamiaru „upiększyć” pustych powierzchni. Na szczęście grzecznie bawiły się, o dziwo, nawet nie wszczynając żadnej kłótni o zabawkę, ani nie wrzeszcząc. Czyli miałem, jak na razie, chwilę spokoju.

Lucy rozpromieniła się momentalnie i podeszła do plastikowego stoliczka, a jej dwa blond kucyki podskoczyły radośnie. Odwróciła się do mnie przodem, biorąc kartkę:

- Naryśuję ci jedńorośca! – wysepleniła, uśmiechając się szeroko, machając w moją stronę białą kartką i siadając obok Timothy’ego oraz Dory, którzy zgodnie budowali na stoliku zamek z drewnianych klocków, kłócąc się, czy powinien mieć on dwie, czy cztery wieże; czyli norma.

- Dobrze, kochanie, narysuj mi jednorożca – odpowiedziałem, odkładając farby i pędzle tak wysoko, by nie mogła ich ponownie dosięgnąć.

Czwarta po południu była czasem na zabawę dla mojej grupy starszaków, nazywana w całym przedszkolu „Śmieszkami”.  Inne przedszkolanki bardzo mnie lubiły i nie mogły się nadziwić, w jaki sposób panuję nad tą bandą rozwrzeszczanych dzieciaków, szczególnie, gdy potrafiły rozpierzchnąć się w różnych kierunkach. Sekret tkwił w czymś prostym – po prostu kochałem dzieci, uwielbiałem z nimi przebywać. Możliwe, dlatego, że sam nie dałem uśmiercić w sobie swojego wewnętrznego dziecka.

Zacząłem sprzątać puzzle, które zostały porozrzucane na podłodze i zostawione bez opieki, zapewne przez jakieś zniecierpliwione dziecko, które wściekło się, że nie potrafiło ich ułożyć. Zbierając kawałek po kawałku, uważałem, by nie nadepnąć na nic, aż w końcu po pięciu minutach żmudnej pracy odłożyłem zamknięte pudełko na półkę, gdzie mieściły się wszystkie gry planszowe i układanki.

Praca w przedszkolu nie należała do najłatwiejszych, ale czułem, że jest to moje powołanie. Nawet, gdy wracałem pod wieczór zmęczony, do mojej kawalerki, po kilku godzinach użerania się z tymi małolatami, czułem się spełniony i nie wyobrażałem sobie innej pracy. Sprawiała, że miałem wrażenie, że gdzieś należę, że jestem na swoim miejscu. Poza tym, po wychowaniu czterech sióstr, miałem duże doświadczenie w łagodzeniu dziecięcych sporów i opiekowania się nawet niemowlakami. A trzeba mieć dużo cierpliwości do takich osóbek, jak moje siostry.

Poczułem, jak Lucy szarpie mnie za brzeg mojej pasiastej koszulki, więc spojrzałem na nią, obdarzając ją uśmiechem. Wyciągnęła w moją stronę kartkę, a ja chwyciłem ją, przyglądając się dosyć ładnie narysowanemu jednorożcowi, biegnącego po tęczy w otoczeniu kilku gwiazdek. Lucy miała naprawdę smykałkę do wszystkich artystycznych rzeczy. Postanowiłem, że porozmawiam na ten temat z jej rodzicami, gdy przyjdą na comiesięczne zebranie podsumowujące, by jej talent się nie marnował.

- Jest przepiękny, Lucy, dziękuję – ucałowałem blondyneczkę w główkę, a jej ogromne, niebieskie oczy zaczęły jarzyć się dumnie – powieszę u siebie na lodówce.

- Yaaayy – klasnęła w dłonie; dzieciaki często dawały mi jakieś dziwne przedmioty, które robiły na zajęciach, ale największym wyróżnieniem było, gdy mówiłem, że zabiorę to do domu, cieszyły się wtedy i czuły docenione; dzięki temu miałem całą lodówkę zawaloną rysunkami, a na niej piętrzyły się bransoletki z makaronu, figurki z plasteliny i inne duperele, których było mi żal wyrzucać.

Usłyszałem pukanie do szklanych drzwi sali, a następnie zobaczyłem jak uchylają się i wychodzi zza nich mama jednego z moich podopiecznych – powoli zaczynały się godziny, w których maluchy zostawiane tylko na sześć do ośmiu godzin dziennie, były zabierane do domu. Od razu zacząłem szukać wzrokiem pary bliźniaków, Simona i Rory’ego. Znalazłem ich, jak bawili się zniszczonymi wyścigówkami.

- Zgadnijcie, kto przyszedł – powiedziałem do nich i jednocześnie unieśli głowy – mama przyszła! Widzicie, jest tam – wskazałem kobietę przy kości, która pomachała swoim dzieciom i dała im znać ręką, by podeszli do niej.

Simon i Rory rzucili się, zostawiając zabawki na ziemi, by uściskać mamę.

- Do widzenia – pożegnała się ich mama, a bliźniacy pomachali mi i wyszli do szatni.

To chyba była najsmutniejsza pora dnia. Dzieci z godzinami ubywało, aż w końcu sala całkowicie opustoszała, a nie było nawet ósmej. Zostałem, by posprzątać za urwisami, co wcale nie było takim łatwym zadaniem. W końcu, gdy ostatni pluszak, ostatnia lalka zostały włożone na półki, odetchnąłem z ulgą. Wziąłem plecak i założyłem na siebie kurtkę, biorąc rzeczy z mojej szafki w pokoju „nauczycielskim”. Pożegnałem się z panią woźną i ruszyłem do mieszkania.

Jęknąłem, gdy przypomniało mi się, że muszę na chwilę wstąpić do sklepu, bo nie mam nic do jedzenia w lodówce. Minusy mieszkania samemu, to fakt, że o wszystko trzeba się troszczyć. Nie ma nikogo, kto zrobił by zakupy albo posprzątał za mnie, gdy nie mam czasu. Było w nim tak pusto, że z niechęcią do niego wracałem.

Zaparkowałem mojego wysłużonego garbusa przed sklepem; łatwiej było zgasić silnik, niż go odpalić…

Przydałby mi się współlokator, pomyślałem, wchodząc do całodobowego Tesco Express i biorąc niebieski koszyk do ręki.

Zamyśliłem się przy pieczywie, starając sobie przypomnieć, co powinienem kupić. Chleb, masło, jakieś owoce, coś słodkiego, szynkę, ser… pogrzebałem w kieszeniach kurtki, szukając pieniędzy. Znalazłem siedem funtów i dwadzieścia osiem pensów. Nigdy nie lubiłem nosić portfela, ale miało to także swoje minusy. Przejrzałem torbę i znalazłem kolejne trzy funty. Czyli do dyspozycji miałem dziesięć funtów i dwadzieścia osiem pensów. Wystarczyło na jedzenie dla jednej osoby. W końcu nie potrzebowałem jeść niczego wykwintnego.

Chwyciłem chleb, wkładając go do koszyka, a potem skierowałem się do lodówek. Wyciągnąłem dwa piwa i butelkę wody. Dalej był nabiał – w koszyku wylądował czteropak jogurtu truskawkowego i żółty ser  w plastrach. Nigdy nie wiedziałem, jaka jest różnica między Goudą, a Edamem, ale nie przeszkadzała mi ta niewiedza.

Skończywszy zakupy, udałem się do mieszkania. Taszcząc siatki na czwarte piętro bloku (bo winda nadal czekała na przybycie mechanika od jakiś dwóch tygodni), zmachałem się co nie miara. Z ulgą rzuciłem wszystko na blat kuchenny i zapaliłem światło, już wolnymi rękoma. Rzuciłem płaszcz na krzesło i otworzywszy puszę z piwem, położyłem się na łóżku i włączyłem telewizor. Akurat leciały wiadomości, gdy moja komórka zawibrowała. Z niechęcią przekręciłem się, by wyjąć ją z tylnej kieszeni spodni. Trochę się nagimnastykowałem, ale udało mi się.

Od: Liam (20:26)
 
Dasz mi numer do Danielle?
Jęknąłem cicho, gdy przeczytałem wiadomość od Liama, z którym chodziłem razem do collage’u, tylko na różne kierunki i który pomagał mi z matematyką, mimo, że był rok niżej ode mnie. Uchodził na uniwerku za jakiegoś geniusza matematycznego. Wszyscy bili się  o miejsca w gronie jego stałych uczniów, których miał tylko kilka. Ale za to, jakie oni potem osiągali wyniki… miałem to szczęście, że kiedyś pomogłem mu w zdobyciu trudno dostępnych książek – mój wujek ma ogromną księgarnię w Cambridge – i tak trafiłem do tego elitarnego grona.

Liam poznał Danielle, gdy akurat mieliśmy razem zmianę w przedszkolu. Danielle dorabiała jako przedszkolanka, ale tak naprawdę marzyła jej się kariera wielkiej tancerki. Kończyła studia taneczne, dostała nawet stypendium i coraz prężniej pięła się po drabinie kariery, co odbiło się na jej zmianach w przedszkolu. Pracowała tylko dwa dni w tygodniu, ale i tak, gdy Liam kiedyś przyszedł mnie odwiedzić, zobaczył jak rozmawiam z Danielle… i od razu się zakochał. Wypytał mnie o to, kiedy pracuje i ile godzin. Aż stał się stałym bywalcem w piątkowe i środowe popołudnia, trochę spóźniając się do pracy w jakimś biurze turystycznym, w którym miał etat. Często przyłapywałem go na rozmowach z Danielle, która wydawała się być nim rzeczywiście zainteresowana, ale była zbyt nieśmiała, by wykonać następny krok. Taki był również Liam.

Jedynak widocznie Liam miał dosyć czekania i postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Po cichu kibicowałem im. Danielle była cudowna, a Liam wydawał się w porządku. Pasowali do siebie.

Podałem mu numer, życząc powodzenia. Niech chociaż ktoś będzie szczęśliwy, skoro ja nie jestem.

- Dobro innych zawsze najważniejsze – mruknąłem, upijając piwa, a w ustach poczułem gorzkawy smak trunku.

Dobrze, że był piątek, przynajmniej mogłem się czegoś napić…

Nie minęło piętnaście minut, gdy telefon ponownie się odezwał, ale tym razem nie był to Liam. Zastanawiałem się, kto jeszcze mógł czegoś ode mnie chcieć w ten czwartkowy, leniwy wieczór. Uniosłem wysoko brwi, czytając wiadomość.

Od: Zayn-pizda (20:39)

 Usłyszałem od Violetty, że jesteś gejem. Podobno Eleanor jej to powiedziała. Czy to prawda?
Rzadko dostawałem sms’y od mojego kolegi, syna dyrektorki, Zayna Malika. Poznaliśmy się, gdy on zaczynał studia, rok temu i postanowiłem go oprowadzić… do póki nie dowiedziałem się, kim tak naprawdę jest… i jakie z niego ziółko. Normalnie już na pierwszy roku by go wyrzucili, ale jeśli szkołą rządzi jego mamuśka, może robić wszystko, co mu się żywnie podoba, nie licząc się z konsekwencjami.

Zakląłem. Skoro Zayn wiedział o moim małym „sekrecie”, to musiała wiedzieć już przynajmniej połowa szkoły. Byłem przegrany. Jak Eleanor mogła mi coś takiego zrobić?

No tak, pomyślałem, wzdychając w duchu, przecież okłamywałem ją prawie rok, że jestem w niej zakochany. Musiała poczuć się odrzucona i oszukana.

Chciałem, by wszyscy się dowiedzieli, że jestem homoseksualny… ale nie teraz, nie w taki sposób!

Odpisałem:

Do: Zayn-pizda (20:42)
 
Jak dużo osób wie?
Nie musiałem długo czekać na odpowiedź.

Od: Zayn-pizda (20:45)

Wystarczająco dużo, kochasiu, uwierz mi. 
Opadłem na łóżko, wyłączając komórkę. Jeśli to, co mówił Zayn jest prawdą, to zaraz miałem dostać strasznie dużo wiadomości i telefonów od osób, które znałem, a które nic nie wiedziały. Albo, co gorsza, wiadomości z wyzwiskami. Bałem się tego, cholernie się bałem. Ale mówi się trudno.

- Za wszystkich pedałów! – zaśmiałem się pod nosem i pociągnąłem kilka dużych łyków z puszki, zupełnie nie martwiąc się o to, co mówią inni.

Szczerze?

Miałem to gdzieś.




-----------------------------------------

Witam, witam, kłania się Larry. Jak już mogłyście zauważyć, rozdziały są pisane raz z perspektywy Harry'ego raz Louis'ego. Żeby nie została zachwiana równowaga :) Nie wiem, dlaczego, ale uwielbiam to, jak się nawzajem uzupełniają, a wy? I nawet jeśli ktoś mówi, że Larry to Bullshit, to ja mówię Larry is Real! Chyba to przez te ostatnie pornosy, które się o nich naczytałam (polecam "Heat" - czyli mała zabawa w windzie hihihihihihi)

Cóż... wiele nie mam do powiedzenia, wy czytajcie, a ja idę rajać się wszystkimi możliwymi gifami z LARRYM. MRR.

W każdym razie, mam pytanie. Czy byłybyście zainteresowane kupnem mojej książki? (na razie czekam na odpowiedź od wydawnictwa, powinnam wiedzieć więcej gdzieś w połowie grudnia) odpowiadajcie w komentarzach.



środa, 17 października 2012

Rozdział 1





Rok szkolny na uczelni zaczynał się tak, jak się tego spodziewałem – całkowicie za szybko i zbyt chaotycznie, powodując w moim życiu rozprzestrzenienie się paniki i morza łez, wylanych przez moją mamę. Jej synek nareszcie staje się mężczyzną, wyprowadza się z rodzinnego domu, z pokoju, który zajmował przez ponad osiemnaście lat i wprowadza się do całkiem nieznanego miasta, stolicy kraju, by tam zgłębiać tajniki pieczenia i innych gałęzi przemysłu gastronomicznego.

Tak, ja Harry Styles w momencie, kiedy przestałem być uzależnionym od rodziców i sam rozpoczynałem nowe życie w Londynie w akademiku, który rządził się swoimi prawami, zaczynałem w końcu żyć pełnią życia, jak na prawdziwego studenta przystało. A to oznaczało tylko jedno – imprezy. Ewentualnie nauka… ha, już widzę siebie, ślęczącego na książkami! To nie należy do moich zwyczajów.

Idąc na studia miałem także nadzieję, na znalezienie kogoś takiego, jak ja. Od dawna wiedziałem, że nie jestem normalny, ale mi samemu jakoś to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, czułem się dobrze z moją odmiennością… dopóki spokojnie siedziała ukryta w szufladzie mojego biurka. Problemy zaczęły się, gdy wszyscy się dowiedzieli… i nagle przestałem być tym „lubianym” i „nie-mogącym-odpędzić-się-od-dziewczyn” Stylesem. Od początku mojego ostatniego roku w szkole wytykali mnie palcami, po tym, jak w obrót poszedł filmik, na którym całuję się z kolegą na imprezie. I tak zostałem napiętnowany. Chłopacy co chwilę czynili jakieś aluzje a propo mojej orientacji seksualnej, a dziewczyny udawały, że się ze sobą całują, a w ich oczach kryło się obrzydzenie…. Do mnie. Do tego, kim jestem. Do tego, czym się stałem.

Jeden głupi pocałunek… a zmienił całe moje życie.

Ale stałem się z tego powodu szczęśliwszym człowiekiem. Nareszcie byłem sobą, a nie tylko ładą lalką na pokaz, która udawała, że pasuje do miejsca, które tak naprawdę wydawało jej się obce i tak cholernie zimne oraz puste. Takie… bez znaczenia.

A Londyn… był dla mnie jak nowa szansa, dla kogoś takiego jak ja. Człowieka z odzysku, zmęczonego przez życie. Nie potrafiącego kochać już nikogo, ani niczego. Nie potrafiącego zagrzać miejsca nawet przy boku przyjaciół. Stałem się wiecznym włóczęgą, kimś, kto żyje tylko faktem, że nikt go dobrze nie zapamięta, ani nie pozna. Ale to miało się zmienić… bo tak się składało, że pokój dzieliłem z dwoma chłopakami z rocznika wyżej.

Chodziliśmy do tego samego uniwerku, ale na inne kierunki. Nie znałem ich dobrze, tylko tyle, co pogadaliśmy na twitterze, by jakoś zgrać się przyjazdem. Zapamiętałem ich imiona, co i tak było wyczynem jak na mnie, wiecznego zapomnalskiego – Liam i Niall. Ten pierwszy wydawał się uporządkowany i poważny, a drugi – wyluzowany i czerpiący garściami z życia. Miałem nadzieję, że nigdy nie będę zmuszony powiedzieć im o mojej tajemnicy. Miałem nauczkę, jak kończy się obnażanie przed innymi… i wcale nie miałem pewności, czy Liam i Niall okażą się bardziej tolerancyjni. Bałem się znowu zaufać – życie przekonało mnie, że bezpieczniejszy jest lekki dystans. Wtedy nikt nie będzie mógł cię zranić.

Pełen obaw, ale także podekscytowania, jakieś dwa dni przez rozpoczęciem roku akademickiego, stanąłem przed drzwiami do pokrytego czerwoną cegłą, budynku, który podczas większości roku miał robić za mój tymczasowy dom. Po mokrym i całkowicie żenującym pożegnaniu wyruszyłem z Holmes Chapel w Cheshire do mojego miejsca docelowego, czując się jak ktoś zupełnie nowy. Ale bycie nowym zawsze ma swoje minusy…

Ledwo przytaszczyłem swoje bagaże na drugie piętro, gdzie mieścił się mój pokój. No, może tylko w jedne trzeciej, a do tego kuchnia i łazienki były wspólne dla całej połowy piętra,  mieszczącego się w lewym skrzydle (czyli dla około dwudziestu paru osób – istnie pionierskie warunki, czułem się tak, jakbym znowu pojechał za młodu na obóz harcerski), ale i tak cieszyłem się, że znalazł się dla mnie jakiś wolny kąt. Jako dojeżdżający z daleka student, miałem łatwość w zdobyciu praktycznie darmowego miejsca zamieszkania. Jednak oprócz tego musiałem znaleźć sobie jakąś pracę, by mieć na bieżące wydatki… to wszystko trochę mnie przerażało, ale jednocześnie fascynowało. To było jak nowe wyzwanie, a ja od zawsze lubiłem się wykazać. Była okazja – więc ją wykorzystywałem.

Niepewnie zapukałem do pomalowanych na biało, drewnianych drzwi, za którymi momentalnie rozległy się jakieś głuche odgłosy, a ja, jak gdyby nigdy nic, przypatrywałem się ze skupieniem metalowej ósemce, trochę obdrapanej, przymocowanej do drzwi dokładnie nad napisem: „Lucky Room”. Niby dlaczego ten pokój miał być szczęśliwy?

Drzwi otworzyły się z hukiem i zobaczyłem przed sobą miłego szatyna, który patrzył na mnie z ciekawością w orzechowych oczach. Uśmiechnął się do mnie zachęcająco, po czym odezwał się:

- Ty musisz być Harry, tak?

Przytaknąłem, a chłopak wpuścił mnie do środka. Nie minęła nawet sekunda, gdy coś wielkiego i włochatego uderzyło mnie w twarz, aż poczułem sierść pomiędzy zębami. Zacząłem pluć, a to brązowe „coś” uderzyło z plaskiem na podłogę, wydając z siebie odgłos, jakby ktoś zażynał świnię.

- Strasznie cię przepraszam, myślałem, że uderzy w Liama! – od razu podbiegł do mnie blondyn, ze skruszoną miną, podnosząc z ziemi „włochacza”, którym okazał się pokaźnych rozmiarów pluszak w kształcie szkockiej krowy (takiej rdzawo brązowej i włochatej) z dzwonkiem na szyi.

Liam skarcił współlokatora spojrzeniem, jak surowy ojciec.

- To jest Harry, nasz nowy kolega – przedstawił mnie Liam, a blondyn od razu energicznie uścisnął mi dłoń, wprawiając w niekontrolowane drgawki całą moją rękę, aż do barku; nie miałem pojęcia aż tyle siły może mieścić się w tak małym ciałku!

- Miło mi cię poznać Harry, jestem Niall. Niall Horan – uśmiech nie schodził blondynowi z twarzy, podczas, gdy Liam nadal miał minę rodzica, ale widocznie musiało to być u niego normalne, bo Niall nic sobie z tego nie robił.

Liam westchnął i gestem ręki wskazał mi kąt pokoju, gdzie stało wolne, świeżo pościelone łóżko, stoliczek, komoda i kilka półek powieszonych na ścianie. To miała być od dzisiaj moja przestrzeń osobista. Trochę mniejsza, niż ta, do której byłem przyzwyczajony, ale nie było aż tak tragicznie. Wręcz przeciwnie, zapowiadało się całkiem… dobrze.

Walnąłem swoje walizki na łóżko i jęknąłem, gdy bolący bark dał o sobie znać. Na moje szczęście miał to być koniec dźwigania zbędnego bagażu. Przynajmniej przez jakiś czas. Moje plecy miały tego dosyć i w sumie, ja też.

- Skąd jesteście? – zapytałem, nie chcąc, by zapadła pomiędzy nami nieprzyjemna cisza.

- Ja z Wolverhampton – rzekł dumnie Liam, siadając na swoim łóżku.

- Mullingar, Irlandia – odpowiedział tylko Niall, wskazując wielką flagę Irlandii nad swoim łóżkiem, pomiędzy oknem, z zasłonkami w zielono-niebiesko-białe paski, a półkami przywieszonymi dokładnie nad miejscem, gdzie znajdowała się poduszka na jego łóżku.

- I co studiujecie? – kontynuowałem, rozpinając walizkę i wyciągając książki na półkę, która zdecydowanie za szybko zaczęła się zapełniać; jak ja pomieszczę tam wszystkie moje rzeczy?!

- Akustykę, z gitarą, jako instrumentem przewodnim – usłyszałem Nialla, który zaczął coś szukać po szafkach, aż znalazł wielkie opakowanie M&M’sów i zaczął je otwierać, co dosyć opornie mu to szło.

- Jestem na Turystyce i Rekreacji – uniosłem brwi ze zdziwienia; niewielu wybierało ten kierunek – uwielbiam podróżować i pomagać innym ludziom ujawniać piękno niektórych miejsc. Czy wiedziałeś, że… - Liam zaczął swój wywód, a ja taktownie potakiwałem, udając, że mnie to interesuje; bałem się, że przyjdzie moment, kiedy zapytają, co ja wybrałem.

- A ty… - odchrząknął Niall, mając najwidoczniej dosyć paplaniny Liama – co studiujesz?

Zacisnąłem mocno usta, aż zamieniły się w cienką szparkę.

- Ja… gastronomię z hotelarstwem – wyjąkałem, czując się jak ostatni imbecyl, który nie potrafił dostać się na nic porządnego, tylko na.. pff… gastronomię.

Jednak prawda była taka, że uwielbiałem gotować. Żyłem nowymi przepisami i skrycie marzyłem, by mieć kiedyś taką małą restaurację, serwującą cudowne trufle i wyborne filety z kurczaka z grillowaną cukinią… na samą myśl o całkowicie moim biznesie, rozmarzyłem się. Niestety, to nie była bajka, a ja nie miałem dużych szans zabłysnąć z moim, tak naprawdę gówno wartym, marzeniem. Gdy tylko o tym mówiłem znajomym, śmiali się, ale gdy tylko zauważali, że nie żartuję, wpadali w dziwny stan otępienia, jakby pytając: „Po kiego kija ci restauracja?”.Cóż… po takiego. Każdy ma swoje marzenia. Ja mam swoje.

- Och – wydukał w końcu Liam, nie wiedząc, co powiedzieć, a ja dostrzegłem wyraz zakłopotania na jego twarzy – To… hmm… interesujące. Dlaczego właśnie… emm… gastronomia?

Czułem, że nawet gdybym zaczął się produkować, to i tak nie przekonałbym to tego chłopaków, więc odpuściłem sobie, machając ręką:

- Kocham to. Tyle.

Ku mojemu zdziwieniu, Niall pokiwał głową ze zrozumieniem i zaczął mówić, mimo garści cukierków w ustach:

- Ja tłeż…! Uwielbłiam głatć na giutarze. Ce być muizykiem – przełknął, po czym podsunął w moją stronę paczkę, z której wziąłem tylko czerwone kulki – Wszyscy mówili, bym to sobie odpuścił, ale ja uparcie dążyłem do celu… i oto tu jestem! – rozpostarł ręce, jakby cały świat mieścił się w jednym pokoju.

Zaśmiałem się.

Może te studia nie miały być takim czarnym okresem w moim życiu?


***

Maszerowałem raźno po brukowanym dziedzińcu collage’u, trzymając w torbie na jedno ramię, duży zeszyt w formacie A4 i mój ulubiony długopis w szare, pręgowane kotki (oraz kilka zapasowych, tak w razie, gdyby się wypisał) oraz kilka podręczników, których nawet nie raczyłem otworzyć. Niektóre z nich nie miały ani jednego zagniecenia, czy powyginanego rogu. Jednak jedna, spoczywająca na samym dnie mojej torby wyglądała tak, jakby przeżyła trzęsienie ziemi, powódź czy inną katastrofę. Niektóre napisy były poprawione długopisem, a na marginesach zostały powypisywane moje odręczne notatki. Pisane szybko, w trakcie pieczenia i gotowania, zawierały cenne wskazówki i ciekawostki, które wyszukiwałem w Internecie i podczas własnych eksperymentów. Były jakby uzupełnieniem tego, czego brakowało w książce.

Spojrzałem na niebo, gdy pierwsza mokra kropla spadła mi na policzek, a potem powoli sunęła po mojej skórze, pozostawiając po sobie uczucie nieprzyjemnego zimna. Musiałem się pośpieszyć na zajęcia, jeśli nie chciałem, by deszcz przywitał mnie już pierwszego dnia. Od razu wysłużyłem kroki, widząc, że wejście do budynku B jest otwarte na oścież i tylko na mnie czeka… a deszcz padał coraz mocniej, mocząc moje włosy. Zakląłem pod nosem, wiedząc, że jeśli zmoczą się całkowicie, będę wyglądał jak jakaś małpa, albo, jak to zawsze mówiła moja starsza siostra Gemma, jak mały Tarzan.

W ostatniej chwili dopadłem do krużganek, czując jak włosy opadają mi ciężko, puklami, na czoło. Wytrzepałem je, mocno potrząsając głową, wyglądając pewnie jak pies po kąpieli. Spojrzałem na zegarek. Miałem niecałe dziesięć minut, by znaleźć salę, a do przeszukania miałem cały budynek. Rozejrzałem się dookoła, aż w końcu zauważyłem, że ktoś idzie korytarzem, nerwowo obracając paczkę fajek w dłoni.

Miał czarne włosy i wyglądał mi na obcokrajowca. Jego ciemne oczy przeszyły mnie, gdy podszedłem do niego, z lekkim uśmiechem, przyklejonym do ust. Nie lubiłem się uśmiechać, ale mimo wszystko, tego wymagała sytuacja. Zmierzył mnie wzrokiem, gdy zagrodziłem mu drogę i zapytałem, w miarę neutralnie:

- Hej, wiesz może gdzie jest sala… - spojrzałem na swój plan wykładów – 106a?

Mulat obrócił się tak, jakby miał nadzieję, że to nie do niego zostało skierowane pytanie, aż w końcu, zaciskając mocno usta, rzekł, z dziwnym akcentem:

- Idź prosto, potem w lewo, po schodach na pierwsze piętro i wejdź w przeszklony korytarz. Na jego końcu są klasy od 102 do 109 – odpowiedział, wskazując mi korytarz za sobą, a gdy wygiąłem głowę, zobaczyłem z daleka pierwsze stopnie schodów.

- Dzięki!  -pomachałem mu, gdy zaczął się oddalać i pomyślałem, że jest strasznie dziwny, ale nie miałem czasu, by dłużej się nad tym zastanawiać.

Prawie truchtem popędziłem pod moją salę. Byłem strasznie uradowany, gdy rzeczywiście tam była, otwarta na oścież. Zmarszczyłem brwi, ponownie patrząc na zegarek. Niemożliwe, żeby wykład już się zaczął. Niepewnie wszedłem do klasy, ostrożnie stąpając i zamarłem, widząc, że prawie wszyscy uczniowie już są na swoich miejscach,  a profesor patrzy na mnie tak, jakby chciał mnie zabić.

- Spóźnienie, panie…

- Styles. Harry Styles. – wydyszałem na jednym wdechu, próbując złapać oddech.

- No więc, panie Styles. Pierwsze zajęcia, a pan już się spóźnia… to nie wróży nic dobrego. – kontynuował profesor, coś bazgrząc w dzienniku – Mam nadzieję, że to się nie powtórzy.

- Ale nawet nie ma jeszcze dziewiątej! – rzekłem z wyrzutem w głosie, a dziewczyna w pierwszym rzędzie wstrzymała powietrze, aż spojrzałem na nią zdziwiony.

Nauczyciel przeszył mnie spojrzeniem, aż zgarbiłem się pod jego mocą. Wyglądało, że on i ja nie zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi na zawsze.

Ups… wyszeptał mój umysł, uciekając gdzieś daleko, byle jak najdalej od tego starego zgreda.

- Co nie oznacza, że może pan się wałęsać po szkole, lekceważąc sobie fakt, że zawsze zaczynam wykłady pięć minut przed czasem, by zobaczyć, którzy uczniowie są kompetentni – przelotnie omiótł spojrzeniem klasę, a potem ponownie spojrzał na mnie – a którzy sobie bimbają. Niestety, panie Styles, wyszło na to, że na leżysz do tej drugiej grupy… - przerwał, bo zobaczył, że jeszcze trzy osoby dobiegają, zdyszane – Nazwiska! – wysyczał, a potem wskazał całej naszej czwórce gestem, by zajęli miejsca i rozpoczął swój wykład.

Obserwowałem go z kpiącym uśmieszkiem, starając notować sobie tylko najważniejsze rzeczy. Zapowiadała się dosyć krwawa bitwa pomiędzy nami dwoma.




------------------------------------
 Tak więc.... jestem Emma, a jeśli mnie nie znacie to w zakładce "kontakt" jest wszystko :) Przeniosłam tego bloga z mojego Tumblra tutaj, licząc na większe zainteresowanie.

Larry jest chyba inny niż wszystkie bromance... nie wiem dlaczego, ale jest w nim coś tajemniczego, ale jednocześnie zabawnego, co przyciąga... może dlatego taż tak go lubię.

Liczę na jakiekolwiek opinie na temat rozdziału. xx