środa, 5 grudnia 2012

Rozdział 4





Miałem ochotę krzyczeć, ale wszystkie słowa dławiły się gdzieś w połowie drogi, nie mogąc się wydostać. Chciało mi się płakać, ale zamiast tego leżałem plackiem na swoim łóżku, słuchając jakiś żałośnie smutnych piosenek. Gdy tylko przyszedłem w poniedziałek na zajęcia, większość patrzyła się na mnie, jakbym nagle stał się jakimś dziwnym, zmutowanym genetycznie, prototypem zdeformowanego człowieko-podobnego stwora. Wiedziałem… po prostu wiedziałem, że coś takiego się stanie, gdy wszyscy dowiedzą się o mojej orientacji seksualnej! Starałem się ignorować prawie trzydzieści par gałek ocznych, wlepionych we mnie tak, jakbym miał zaraz zemdleć albo wykonać dziwny taniec-połamaniec, ale czasami po prostu się nie dało.

Mimo wszystko musiałem przyznać, że oczekiwałem nawet czegoś… gorszego. Ale najwidoczniej społeczeństwo w pewnym wieku nie jest już takie nietolerancyjne i zacofane. Raz czy dwa usłyszałem ”pedał!”, ale na tym się kończyło, na szczęście. Nie miałem pojęcia, co bym zrobił, gdybym usłyszał więcej takich słów, albo gdyby centralnie wytykać mnie palcami. A był o tak spokojnie, gdy uchodziłem za hetero… chociaż raz podeszła do mnie dziewczyna, której kompletnie  znikąd nie kojarzyłem i wyszeptała mi do ucha: „Geje są cholernie podniecający”, a potem odeszła, jak gdyby nigdy nic, nawet na mnie nie patrząc.

Chyba nie mówiła serio?, kołatało mi się po głowie, gdy stałem oniemiały, patrząc cały czas w kierunku, w którym odeszła.

Hmm… a może jednak?

A do tego, jakby było tego wszystkiego za mało, na przerwie na lunch – który tym razem, pierwszy raz od wielu miesięcy jadłem sam i ani mi się śniło wrócić do Serenady - , podszedł do mnie, o dziwo, Zayn, uśmiechając się jakoś dziwnie. Spojrzałem na niego z dystansem, nawet wtedy, gdy zwrócił się do mnie miło:

- Hej, Louis. Co tam?

Zmrużyłem oczy, oczekując jakiegokolwiek podstępu.

- Czego chcesz? – warknąłem, nie będąc w nastroju.

Zayn podniósł ręce w poddańczym geście, ukazując, że nie ma w stosunku do mnie złych zamiarów, w co nie byłam tak święcie przekonany. W końcu to Zayn Malik! Jemu wszystko było wolno, nic go nie obowiązywało…!

- Eleanor zachowała się naprawdę podle – dlaczego miałem wrażenie, że Zayn rzeczywiście stara się być dla mnie miły?

- Możemy już o niej nie rozmawiać? – poprosiłem, myśląc w jaki sposób mógłbym się wymigać z rozmowy z nim.

Zayn wzruszył ramionami.

- Jak chcesz. Ale nic z tym nie zrobisz?

- A powinienem? – zapytałem głupkowato, od razu tego żałując; Zayn zaśmiał się cicho pod nosem, a potem spojrzał mi prosto w oczy.

- Słuchaj, Louis – o, zaczynał mówić tonem typu „let’s make a deal”, co ani trochę mi się nie spodobało – mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia.

- Nie – powiedziałem od razu, a brwi Zayna uniosły się wysoko; chciałem sobie pójść, ale zagrodził mi drogę.

- Czekaj, nawet nie wiesz, o co mi chodzi… – starał się mnie usilnie przekonać, ale ja nie dawałem za wygraną, przerywając mu, trochę niegrzecznie, ale tak trzeba robić, gdy ma się do czynienia z Zaynem.

- I nie chcę wiedzieć, Zayn. Nie mam zamiaru poniżać Eleanor mimo tego, co mi zrobiła, ani nikogo, kto był dla ciebie niemiły, więc daruj sobie – rzekłem sucho, odchodząc od Zayna jakiś metr.- Nie jestem mściwy. Nie jestem taki jak ty.

W moich ustach słowo „ty” brzmiało jak obelga i dobrze o tym wiedziałem. Zayn tylko pokręcił z niedowierzaniem głową, mierzwiąc swoje idealnie ułożone włosy, które pielęgnował każdego dnia z dziesięć minut.

- Nie wiesz, co tracisz, Lou. Mógłbyś się jej na dobre pozbyć. I łatki geja też.

Powieka drgnęła mi, gdy usłyszałem propozycję Zayna. Była mile kusząca… a co gdyby…. NIE! Potrząsnąłem głową i wypuściłem powietrze ustami. Nie mogłem zostać omotany przez bardzo dobre sztuczki manipulanckie Zayna. Źle by się to skończyło. Jak zawsze.

- Ale ja chcesz – westchnął Zayn, wiedząc, że ma mnie już w garści – bądź sobie dumnym gejem. Przecież to takie fascynujące…

I szykował się, by ode mnie odejść, gdy nagle chwyciłem go za przedramię, tocząc bitwę w myślach. Przygryzłem mocno wargę, czując, jak zaraz nie wytrzymam z bólu.

- Wiedziałem – dodał Zayn, szczerząc się jak głupi.

- Słucham – skrzyżowałem ręce na klatce piersiowej, tupiąc niecierpliwie nogą.

- Sprawa ma się następująco – rozpoczął Zayn – Znasz może Elizabeth Willis?

Przytaknąłem głową, przypominając sobie, jak widziałem ją gdzieś z Zanynem… chwila!

- Czy to nie twoja była? – zapytałem, momentalnie odsuwając się do Zayna, jakby to miało spowodować, że przestanę być częścią tego planu.

- No… tak – Zayn podrapał się w głowę z zakłopotaniem – I właśnie o to chodzi. Masz dla mnie zagrać chłopaka, który ją przeleci, a potem porzuci. Postaram się, by Eleanor była wtedy w klubie, do którego Lizzie wybiera się co piątek. Pomyśli, że po prostu powiedziałeś jej, że jesteś gejem, bo bałeś się jej reakcji, na wiadomość o twój romans z Lizzie…

- I jakie będziesz miał z tego korzyści? – mruknąłem podejrzliwie.

- Liz jest święcie przekonana, że jestem łajdakiem. A jeśli dorwie się do  niej ktoś, kto po jednej nocy ją zostawi… łatwiej będzie mi ją przekonać, by do mnie wróciła – wyszczerzył się Zayn, jak na szkolną gwiazdę przystało.

- To nie wypali  -wyraziłem swoją opinię – I ty naprawdę jesteś jednym z najlepszych krętaczy?

Zayn prychnął.

- Nie wierzysz we mnie Lou? Ta buźka – wskazał na swoją twarz, poruszając brwiami – jest w stanie wcisnąć wszystko, wszystkim. Nawet największy kit.

- Przecież wszyscy dobrze wiedzą, że ty cały czas kręcisz – nie mogłem powstrzymać się, by nie powiedzieć tego pogardliwie – Więc mogą tylko udawać, by przekonać cię, że udało się tobie ich nabrać. To nie jest trudno zauważyć, Zayn. Mało kto już naprawdę uwierzy ci na słowo.

Zayn przysunął się do mnie blisko, tak bardzo, że czułem na swojej twarzy jego oddech. Jego oczy przypominały oczy szaleńca, widziałem w nich dziwny blask, którego nie potrafiłem opisać, ale który wypalał mi dziurę w czaszce.

- Zraniłeś – wyszeptał Zayn, a ja poczułem miętę z jego ust, gdy mówił – Cholernie ją zraniłeś. I jest na tyle zdesperowana, by jeszcze bardziej się na tobie odegrać za to, co jej zrobiłeś. Jeśli ci dobrze z tym, że się ujawniłeś – uniósł ręce w geście typu „umywam od tego ręce” – to nic tu po mnie. Żyj sobie ze swoją odmiennością… pedałku –ostatnie słowo wysyczał i odszedł ode mnie, zahaczając barkiem o mój.

Syknąłem z bólu, masując uderzone miejsce i patrząc na oddalającą się sylwetkę Zayna. Gdybym mógł cofnąć czas, oczywiście, że bym się teraz nie ujawniał… ale stało się. Nie chciałem, kosztem innych, pozbyć się mojej łatki „geja”.  Wręcz przeciwnie, wreszcie czułem się sobą, nawet jeśli inni tego nie akceptowali. To był tylko i wyłącznie ich problem. Nie mój.

Spojrzałem na zegarek. Nadal miałem wystarczając dużo czasu, by zjeść lunch, rozmowa z Zaynem zajęła mi niecałe piętnaście minut. Minąłem bibliotekę, zastanawiając się, czy lepiej nie byłoby dziś wypożyczyć tych książek dla maluchów, ale w końcu musiałam pospieszyć się, jeśli chciałem zdążyć zjeść lunch.

Zajrzałem do mojej torby, w poszukiwaniu jakiś drobniaków. Znalazłem je na samym dnie, bardzo z siebie zadowolony. Starczyło mi na kanapkę i colę z Subway’a. Żwawym krokiem ruszyłem przed siebie.

***

Wieczorem opadłem na łóżko, nawet nie przejmując się, że włosy sterczą mi na wszystkie strony w nieładzie, albo, że koszulka została ubrudzona ketchupem, gdy w pośpiechu wracałem na uczelnię z Subway’a. Jęcząc, zdjąłem but z lewej nogi, który trochę mnie obtarł od kilku godzin chodzenia. Miałem bardzo delikatnie stopy, które aż przeklinały, gdy na czas nie zdejmowałem butów.

Moja głowa zwisała tak, że wyglądałem dziwnie z postawionymi włosami, które były prawie tak długie, że jeszcze trochę, a dotykały by podłogi. To głównie przez grzywkę, której nie miałem serca ścinać; zawsze po prostu wygalałem sobie delikatnie boki, ale grzywka musiała być i nie ma zmiłuj! Lubiłem swoje włosy… no może poza porankami, gdy przypominały stóg siana, ale powiedzmy sobie szczerze… kto nie wygląda tak z ranka? Chyba nikt.

Przeciągnąłem się w łóżku, uderzając lekko stopą w ścianę. Ugh, przydałoby zabrać się za naukę. Tak, nawet ja, Louis William, najlepszy student na roku (studiowałem pedagogikę) musiałem od czasu do czasu zaglądać do zeszytów, by cała wiedza nie umknęła mi gdzieś… daleko. Chcąc, nie chcąc, sięgnąłem lewą ręką do mojej torby, otwierając ją i szukając mojego ulubionego zeszytu, pokrytego tekstami piosenek zespołu The Fray. Uwielbiałem go od pierwszej płyty.

Zmarszczyłem brwi, gdy przewertowałem, dosyć niezdarnie, bo nadal widząc do góry nogami, wszystkie podręczniki i nadal nie mogłem znaleźć mojego zeszytu. Przeturlałem się na brzuch, przyciągając torbę bliżej. Serce zabiło mi szybciej, gdy wywróciłem ją do góry nogami, a go tam nie było.

Niemożliwe, odbijało się echem po mojej głowie, przecież nie mogłem go zgubić!

Przeszukałem wszystkie sterty książek oraz biurko i regał, ale nigdzie nie mogłem go znaleźć. Przeczesałem włosy dłońmi, zamykając oczy. Gdzie prawdopodobnie mógłby upaść?

Myśl, Tomlinson, myśl!

Marszczyłem brwi, jakby to miało mi pomóc się skupić. Jeśli naprawdę go zgubiłem… to miałem przesrane. Dosłownie. W nim zapisywałem nie tylko notatki z lekcji… był moim… w pewnym sensie pamiętnikiem. Jak ktoś się do tego dobrał… to mogłem już szykować sobie bilet w jedną stronę na Alaskę. Nieżyczliwa osoba mogłaby zrobić z tego zeszytu źródło „cennych” informacji.

Zamarłem, gdy przypomniałem sobie swoją kłótnię z Eleanor w bibliotece. To tam… tam musiał mi upaść! Ktoś pewnie już zdążył go podnieść! CHOLERAAAA!

Musiałem się tam udać i to jak najszybciej! Tylko, że bibliotekarka przychodziła dopiero na  dziewiątą, podczas kiedy ja miałem już zajęcia… czyli zostaje mi zwyczajowa pora podczas lunchu. Uderzyłem pięścią w ścianę, mieląc przekleństwo w ustach. Dlaczego byłem taki bezmyślny? Wszystko, dosłownie wszystko znajdowało się w tym zeszycie.

Większość nieprzeznaczona dla ludzkich oczu. Drgnąłem, gdy komórka zawibrowała mi komórka. Ktoś jeszcze chciał mnie dobić w tym cudownym dniu? Przetarłem oczy, gdy zauważyłem, że to Danielle. Odebrałem, chcąc się przywitać, ale Dani od razu przeszła do konkretów:

- Louis! Nie ma się w co ubrać!

- Hę? – mruknąłem zdezorientowany, siadając na łóżku.

- Idę na randkę z Liamem. Wiesz, tym któremu dałeś bez mojej zgody mój numer – wiedziałem, że Danielle tylko udaje, że jest zła, a tak naprawdę bardzo ekscytuje się randką.

- Och, serio? Jednak cię zaprosił? – zdziwiłem się; Liam był czasami zbyt nieśmiały.

- Mhm – przytaknęła Danielle – Chce mnie zabrać do restauracji i nie mam żadnych dobrych ciuchów. Pomóż.

- Ale jak? – nie rozumiałem, a Danielle westchnęła w słuchawce.

- Chodź ze mną na zakupy, prooooszę – starała się mnie ubłagać, ale miałem gorsze sprawy na głowie.

- Dani, chciałbym, ale nie mogę. Zgubiłem coś… ważnego – oznajmiłem jej, wiedząc, że od razu załapie o co mi chodzi.

- Louis… nie mówi mi, że zgubiłeś… wiesz… zeszyt! – niedowierzała.

Przytaknąłem głową, dopiero po chwili orientując się, że przecież Danielle tego nie zobaczy, więc odpowiedziałem:

- No… tak. – przyznałem się, miętosząc rąbek koszuli – Pokłóciłem się z Eleanor… i chyba przypadkowo gdzieś go upuściłem w bibliotece.

Mogłem przysiąc, że oczy Danielle rozszerzają się:

- W bibliotece? Wiesz, że jest małe prawdopodobieństwo, że go odzyskasz? A co, jeśli…

-Proszę cię, Dan, nie nakręcaj mnie, jestem już wystarczająco zestresowany – mruknąłem, wyginając sobie palce u jednej z rąk. – Wolę, żebym znalazł go dokładnie tam, gdzie go upuściłem, ale…

- …Wiesz, że to niemożliwe – dokończyła za mnie Danielle, wzdychając – No nic, Louis. Życzę ci powodzenia. A tymczasem… pewnie będę jak pojebana szukać jakiejkolwiek sukienki na randkę z Liamem.

- Czyli jednak…? – uśmiechnąłem się.

- Och, daj spokój, jest miły, to wszystko. – żachnęła się, chociaż wiedziałem, że zależy jej.

-Pogadamy po tej twojej randce – zachichotałem.

- To do jutra.

- Do jutra – rozłączyłem się, opadając na pościel.

Byłem skończonym kretynem.


--------------------------------

Przepraszam, że musieliście tyle czekać... ale mam wrażenie, że nikt nie czyta mojego Larry'ego :< Tak przynajmniej wnioskuję po ilości komentarzy itp... mam nadzieję, że to jedynie złudzenie :) xx

Jak może wiecie (albo i nie) wydaje książkę.Cieszycie się? Nie mogę podać na razie szczegółów, co do daty wydania, ale mam nadzieję, że jak najszybciej dogadam się z wydawnictwem!

Adios, here's our beloved Larry:

Do następnego, misiaczki! xx
 

wtorek, 13 listopada 2012

Rozdział 3





Trzeci tydzień studiów przyniósł pierwsze prace domowe, które trzeba było, chcąc nie chcąc, w weekend, poświęcając kilka godzin na mozolne szukanie materiałów w studenckiej bibliotece, która była większa nawet od mojego domu w Holmes Chapel. Wszędzie stały książki, najczęściej stare, oprawione w wyświechtaną skórę, ze złuszczającymi się napisami. Powietrze, przesiąknięte ich zapachem było ciężkie i przytłaczające, szczególnie gdy się zasiedziało. Postanowiłem, że w piątek sobie odpuszczę i poszedłem razem z moimi współlokatorami do klubu. Świetnie się bawiliśmy, szczególnie, że do akademiku wracaliśmy na piechotę, podśpiewując „Valerie” i „Heart Shaped Box”, zataczając się wesoło i co chwilę wybuchając śmiechem.

Jednak nie było mi do śmiechu, gdy następnego dnia obudziłem się z potwornym kacem, którego nie mogłem pozbyć się aż do południa. Niall wydawał się być w dobrej kondycji, mimo, że wypił chyba dwa razy więcej niż ja i Liam razem wzięci. Ten drugi musiał szybko się uwinąć rano, bo miał spotkanie z jakimś bardzo „zabawowym” znajomym (mówił, że ma na imię „Stan” czy coś) i dlatego próbował wszystkich sposobów, by oznaki kaca nie były tak widoczne. O dziesiątej, gwiżdżąc, wybył z pokoju, mówiąc, że będzie popołudniu…

Wtedy mnie oświeciło. Podczas pierwszego tygodnia pozostawiałem kilka CV w różnych restauracjach ( zazwyczaj na stanowisko kelnera, bo jakoś nie uśmiechało mi się mycie garów za o wiele mniejszą stawkę) i jedna z nich odpowiedziała. Miałem stawić się o drugiej na rozmowie. Od niej zależało, czy rzeczywiście dostanę tą pracę. Zależało mi na niej, bo pieniądze, które udało mi się uzbierać przez liceum, gdy pracowałem w piekarni, na pewno nie mogły wystarczyć na nie więcej niż cztery-pięć miesięcy. Nie mówiąc już o nagłych wydatkach.

Ciężkie te dorosłe życie, ale nie narzekałem.

W tempie ekspresowym ubrałem się w jeansy, koszulę i trampki. Włosów nie mogłem czesać, bo wyglądały wtedy jak kupa siana. Umyłem zęby, krzyknąłem, że zjem coś na mieście i będę wieczorem, bo muszę napisać referat i już mnie nie było. Niall niezbyt przejął się tym, że wybywam, mruknął tylko:

- A ja pośpię jeszcze z godzinkę i zjem całą górę spaghetti… - i rzucił się na łóżko, zakopując się po uszy w kołdrze.

Zaśmiałem się pod nosem, wychodząc z pokoju, uważając, by nie trzasnąć drzwiami. Co, jak co, ale przekonałem się, że Niallowi najlepiej wychodzi spanie. Jeśli akurat w tym czasie nie je. A propo jedzenia… gdy tylko o nim pomyślałem, mój żołądek zbuntował się,  żądając czegokolwiek, więc postanowiłem, że jak najszybciej muszę coś zjeść, bo zwariuję.

Ruszyłem do pobliskiej piekarni, by kupić drożdżówkę i opychając się nią na mój pusty żołądek, kompletnie stłamszony przez wczorajszą imprezę, ruszyłem w stronę restauracji. Nawet nie pamiętałem jej nazwy, ale znałem adres. Podjechałem kilka przystanków metrem, mając nadzieję, że się nie spóźnię. A znając mnie… to przynajmniej na 90% nie przyjdę na czas. Nogi odmawiały mi powoli posłuszeństwa, ale ja uparcie brnąłem do przodu, zaciskając zęby, aż w końcu dotarłem, o dziwo, przed czasem do restauracji „Rosalie’s Tale”, gdzie panowała dosyć luźna atmosfera.

Gdy tylko powiedziałem jednej z kelnerek, że przyszedłem na rozmowę o pracę, pognała ona na zaplecze i po kilku minutach wróciła, prosząc mnie, bym zajął miejsce przy jednym ze stolików. Usiadłem na krześle, przy oknie, zdejmując kurtkę i powieszając ją na oparciu krzesła. Przygładziłem koszulę, starając się zapanować nad emocjami, aż w końcu usłyszałem nad sobą zniecierpliwione chrząknięcie i od razu wstałem.

- Dzień dobry, panie Styles, jestem Jean Monroe – uścisnąłem rękę brodatemu właścicielowi restauracji – proszę siadać – wskazał ręką krzesło, z którego przed chwilą się poderwałem.

Usiadłem, prostując się, jakbym siedział na szpilkach. Mężczyzna zaczął wyciągać jakieś papiery na stolik, a kelnerka podała mu szklankę wody i espresso.

- Napije się pan czegoś? – zapytał grzecznie, nadal na mnie nie patrząc.

 - Wody, poproszę – uśmiechnąłem się czarująco do kelnerki, która zarumieniła się lekko pod moim spojrzeniem i bąknęła ,że zaraz przyniesie, po czy zniknęła za ladą.

Gdy wróciła, obdarzyła mnie nieśmiałym spojrzeniem i postawiła przede mną szklankę wody z cienkim plastrem cytryny zahaczonym o jej brzeg. Podziękowałem dziewczynie, kompletnie zapominając, że nie jestem w tej restauracji tylko po to, by się najeść, ale po to, by w końcu na siebie zarabiać.

- Więc – odezwał się nagle pan Monroe, aż podskoczyłem – z tego, co napisał pan w CV studiuje pan gastronomię, tak?

- Jestem na pierwszym roku – bąknąłem, zaciskając ręce w pięści na udach, pod stołem.

- W które dni mógłby pan pracować?

Zamyśliłem się na chwilę, po czym odpowiedziałem:

- Mógłbym zostawać najdłużej w środę, od pierwszej po południu, aż do zamknięcia lokalu. Myślę, że praca w piątek i czwartek także nie kolidowałaby z moim planem zajęć – odpowiedziałem niepewnie, nie wiedząc, czego się spodziewać.

- A weekendy? – wiedziałem, że w końcu padnie to pytanie…

Oh, świetnie, może jeszcze mam zostawać w pracy także w święta narodowe, typu Święto Niepodległości, Gwiazdka czy Nowy Rok?

- Ewentualnie sobota – mruknąłem, niezbyt zadowolony z tego, że musiałbym wstawać do pracy; ogólnie jakakolwiek harówka w weekend nie uśmiechała mi się, wolałbym już nawet dostać więcej do odrobienia z przedmiotu, którego uczył mój „ukochany” profesor.

-  Pasuje panu zmiana przedpołudniowa w sobotę? – zapytał zdecydowanym tonem pan Monroe, coś kreśląc, jak odczytałem do góry nogami, na niebiesko po swoim grafiku kelnerów – Od dziewiątej trzydzieści do drugiej?

- Tak, jak najbardziej – odrzekłem, biorąc do ręki szklankę z wodą i upijając kilka łyków.

- A kiedy mógłby pan zacząć? – spojrzał na mnie przenikliwie, oczekując pewnie natychmiastowej odpowiedzi.

- Choćby w tą środę – powiedziałem z resztką zapału, która się jeszcze we mnie tliła.

Porozmawialiśmy jeszcze jakieś piętnaście minut.

Pan Monroe przypatrzył mi się uważnie, po czym oznajmił, że odezwie się do mnie telefonicznie w sprawie posady, a ja już pisałem w swojej głowie najczarniejsze scenariusze. Właśnie moje drugie w życiu przesłuchanie o pracę minęło w zastraszająco szybkim tempie i nic nie mogłem poradzić na to, że nie spodobałem się mojemu „przyszłemu” szefowi.

Ubrałem się i dźwignąłem swoją, nadal nie rozpakowaną od piątku torbę, z zamiarem udania się do biblioteki. Kto był pomyślał, że JA, Harry Styles będę odrabiał lekcje w bibliotece? Strasznie mroczne czasy nadchodzą, powiadam wam…

Cieszyłem się, że nie padało, ale jak to z londyńską pogodą bywa, w każdej chwili mogło zacząć padać, ba, nawet grzmieć! W locie pognałem najpierw do Starbucks, kupując sobie małego truskawkowego shake’a, dopiero potem przypominając sobie, że jedzenie i picie w bibliotece było surowo zabronione. Dlatego starałem się jak najszybciej wypić go, by potem nie napotkać groźnego wzroku starej i pomarszczonej bibliotekarki, która nosiła spódnice do kostek i obleśne, włochate sweterki w kolorze zgniłej trawy (ewentualnie wypranej czerni). Wyrzuciwszy kubek do kosza na śmieci przed bramą campusu, skręciłem w lewo i od razu zobaczyłem napis „biblioteka” z prowadzącym do niej drogowskazem.

Wszedłem powoli przez dwuskrzydłowe, szklane drzwi w kompletną ciszę, przerywaną jedynie przez miarowe tykanie zegara, w wprost urocze czarno-białe kotki, wiszącego nad biurkiem bibliotekarki, pani Stanford, której, chcąc nie chcąc, posłałem jeden z moich najpiękniejszych uśmiechów.

Wyminąłem ją i od razu ruszyłem na dział „ekonomia”. Było tam kilka ciekawych książek o zarządzaniu biznesami, w tym restauracjami. A oprócz tego, że zacząłem je czytać z prawdziwym zainteresowaniem, dostarczały mi także informacji do mojej pracy domowej. Wziąłem je i już chciałem  usiąść przy jednym z wielu blatów, gdy usłyszałem cichą rozmowę za rogiem.

- El, to było świństwo – rzekł, lekko drżący, męski głos.

Zacisnąłem dłonie na książkach, zamierając. Poczułem coś dziwnego w brzuchu, gdy go usłyszałem, i bynajmniej nie była to grypa żołądkowa ani nagła sensacja spowodowana zjedzeniem drożdżówki na pusty żołądek po wczorajszej imprezie. Nie potrafiłem tego wytłumaczyć… ale czy musiałem?

- Nie wiem, o co ci chodzi! – prychnęła dziewczyna tonem, od którego cały zadrżałem.

- Dlaczego rozpowiedziałaś, że jestem gejem?! – głos chłopaka podniósł się o kilka oktaw i miałem wrażenie, że jego właściciel zaciska mocno pięści, ze zdenerwowania.

Serce podskoczyło mi do gardła… on był… był taki sam jak ja…

- Cóż… - udała, że się zastanawia – to wystarczająca kara za to, że tyle czasu żyłeś ze mną w kłamstwie! – zbierało się jej na płacz.

Chłopak westchnął.

- Ale to niczego nie rozwiązuje, wiesz? Myślałem, że jesteś inna.

- Niby jaka? – syknęła.

- Uczciwa. Tolerancyjna. A wyszło na to, że jesteś zwykłą… - urwał, próbując dusić w sobie gniew.

- No, powiedz to!

- Jesteś zwykłą suką! – wycedził przez zęby, a coś upadło na ziemię z głuchym łoskotem.

- Nie, Eleanor, tym razem nie zasłużyłem sobie, byś mnie uderzyła. Sama zasługujesz na policzek. Jak możesz? – nie dowierzał, z plączącym się językiem.

- Puszczaj! – dziewczyna wyswobodziła nadgarstek z uścisku; widziałem, jak mocno zamachuje się ręką, ale nadal nie dostrzegałem ich sylwetek ani twarzy, byłem za daleko posunięty w głąb… gdyby tylko się przysunął bliżej rogu…

Zanim zdążyłem ruszyć się choćby o milimetr, obok mnie przeszła wściekła szatynka, nawet ładna - gdyby nie fakt, że jej twarz wykrzywiał grymas - machając z dumą swoimi falowanymi włosami, jakby chciała nimi ściąć wszystko na swojej drodze. Przełknąłem ślinę ze strachu, ale na szczęście była na tyle rozdygotana, że nawet mnie nie zauważyła. Odetchnąłem z ulgą i wychyliłem się zza rogu, mając nadzieję spotkać na swojej drodze tego chłopaka…

Zdziwiłem się, gdy nikogo tam nie ujrzałem. Moje oczy powędrowały to w lewo, to w prawo, ale chłopak najwidoczniej ruszył w przeciwną stronę niż jego dotychczasowa „dziewczyna”, by uniknąć z nią jakichkolwiek konfrontacji. Nie dziwię mu się, słyszałem tylko przez chwilę jej głos, a miałem wrażenie, że zaraz dostanę przepołowiony na pół jej laserowymi oczami.

Zrobiłem jeszcze jeden krok, gdy nadepnąłem na coś twardego. Odskoczyłem, patrząc w dół. Na wiśniowej wykładzinie leżał zeszyt, z przylepionymi do niego obrazkami przedstawiającymi zespół The Fray. Nie miałem pojęcia, do którego z dwojga kłócących się należała zguba, ale podniosłem ją i przyjrzałem się bliżej okładkom płyt i powoli odczytywałem cytaty z piosenek. Znałem The Fray już wcześniej, a moją ulubioną piosenką było „Look After You”. Widocznie właściciela zeszytu też, bo cały tył zajmował odręcznie napisany tekst tejże piosenki.

And wohoo oho, be my baby and I’ll look after you…

Zanuciłem sobie refren w mojej głowie, by następnie otworzyć zeszyt na stronie tytułowej, gdzie zazwyczaj wpisywało się właściciela. Zmrużyłem oczy, czytając małe literki:

Louis Tomlinson

Hmm… brzmiało trochę dziewczęco, ale z tego, co usłyszałem, to dziewczyna nazywała się Eleanor, czyli to oznaczało… że zeszyt należał do chłopaka z hipnotyzującym głosem. Poczułem, jak zasycha mi w gardle, gdy obracałem zeszyt w ręce, nie mogąc w to uwierzyć. Przycisnąłem go do klatki piersiowej na wysokości serca i ruszyłem szybkim krokiem do pani Stanford, która uzupełniała krzyżówkę.

Chrząknąłem, stając naprzeciwko niej. Podniosła głowę, zła, że przerwałem jej zajęcie.

- Tak?

- Chciałem się zapytać… czy nie wie pani może gdzie mieszka Louis Tomlinson? Zgubił zeszyt, a w bazie musi być jego adres, skoro jest naszym studentem… - zacząłem, trochę się rumieniąc, że nie potrafię się wysłowić, gdy tylko przytoczyłem jego imię i nazwisko.

- Przykro mi, ale nie mogę udzielać prywatnych informacji na temat innych studentów – odpowiedziała, wracając do krzyżówki.

Westchnąłem, zrezygnowany i trochę zniechęcony wizją przejścia całego campusu wzdłuż i wszerz, by znaleźć Louis’ego. Podrapałem się wolnym palcem po nosie, a książki zaczęły mi ciążyć na tyle, że chciałem szybko gdzieś z nimi usiąść. Odwróciłem się więc tyłem do pani Stanford i już miałem ruszać, gdy rzekła:

- Louis zawsze we wtorki przychodzi tu, by wypożyczyć nową porcję książek dla dzieci. Około jedenastej, dwunastej.

W moim sercu zapaliła się na nowo iskierka nadziei.

 - Dziękuję – uśmiechnąłem się do niej i poszedłem do pulpitów, stawiając na nich tomy i zastanawiając się po co komuś takiemu jak Louis Tomlinson książki dla dzieci.

Usiadłem na niewygodnym, drewniany krześle i z głębokim westchnięciem zacząłem wertować pierwszą książkę, szukając czegoś przydatnego, wcześniej wyciągnąwszy ołówek i byle jak wyrwaną kartkę z notatnika. Za każdym razem, gdy próbowałem skupić się na pracy domowej, słyszałem w głowie głos Louis’ego. Warknąłem, gdy po godzinie ślęczenia nad książkami udało mi się napisać jedynie jedną trzecią pracy. Nie potrafiłem sklepić ani jednego, porządnego zdania.

- A, jebać to! – mruknąłem, zamykając stare tomisko, które zatrzasnęło się, wzniecając trochę kurzu.

Odłożyłem wszystko na swoje miejsce i wyszedłem z biblioteki, żegnając się z panią Stanford.

 Teraz interesowało mnie tylko jedno i nie liczyłem się z konsekwencjami – musiałem za wszelką cenę dowiedzieć się, kim jest tajemniczy Louis Tomlinson, więc z zaciekawieniem otworzyłem zeszyt, słysząc szybkie bicie mojego serca.



---------------------------------------

Wita was Larry, tym razem z perspektywy Harry'ego. Jak myślicie, co jest w owym Tajemniczym Zeszycie i jak to zaważy na losie Larry'ego? ;O Może stanie się coś strasznego... albo i nie. Jakieś pomysły?

 Jestem chora, więc może uda mi się coś napisać jeszcze przez ten czas, ale pewnie jutro lub pojutrze wrócę do szkoły... ech, klasa maturalna.

Więc, może macie jakieś pytania do postaci? Jeśli tak, zapraszam TU
A i jeszcze założyłam bloga z ONE-SHOTAMI i na początek powitanie GARRYM (Harry x George) więc jeśli jesteście zaciekawieni, zapraszam :)


Więc, papa, kociaczki, żegna was Larry:


środa, 24 października 2012

Rozdział 2




Liście zaczęły powoli żółknąć, a deszcz padał częściej niż zazwyczaj, a to oznaczało tylko jedno – za tydzień miał rozpocząć się październik, miesiąc typowo jesienny i ponury.

Siedzieliśmy w kawiarence Serenady, uroczym miejscu, w stylu vintage – z brudno różowymi ścianami, obrazami kwiatów i starych gwiazd kina angielskiego, które patrzyły na gości no stop -, gdzie mieliśmy zwyczaj spotykać się w porze lunchu, pomiędzy naszymi zajęciami. Normalnie pewnie śmialibyśmy się i rozmawiali o zajęciach, profesorach, naszej pracy, opowiadając śmieszne anegdotki, jedząc ciastko i pijąc kawę… jednak nie tym razem.

Wyginałem sobie palce, starając patrzeć wszędzie, byle nie na nią, ale i tak wiedziałem, że wywierca we mnie dziurę swoimi brązowymi oczami, próbując zrozumieć, dlaczego… dlaczego tkwiłem w tym związku, nie mówiąc jej prawdy, o tym czym jestem? Nie płakała, bo nigdy nie miała tego w zwyczaju, ale milczała, a ta cisza wydawała się być nawet gorsza, niż rozmowa. Odgarnęła włosy z czoła i westchnęła, biorąc do ręki swoją torebkę w marynarskie pasy, którą kupiliśmy na wspólnych zakupach. Pewnie miała ochotę wyrzucić ją do śmieci, jak wszystko, co się jej ze mną wiązało.

Wytłumaczyłem jej, że to nie jej wina, ale tylko i wyłącznie moja. Przecież orientacji seksualnej się nie wybiera, a Eleanor zasługiwała na kogoś lepszego, niż ja, małego pedałka. Tak, właśnie nazwałem siebie pedałem, bo chyba nigdy nie wybaczę sobie tego, co jej zrobiłem. Zmarnowałem jej prawie rok, żyjąc, jakbym był normalnym, heteroseksualnym facetem. A przecież mogła znaleźć sobie kogoś, kto byłby normalny. Mogłaby być szczęśliwa z kimś innym.

Była ładna. Nawet bardzo, tak bardzo, że dziwiłem się, że chce być z kimś takim jak ja. Miała długie, sięgające łopatek włosy w odcieniu mlecznej czekolady; jej oczy, duże i głębokie, w kolorze o kilka tonów ciemniejsze niż włosy, okalały urocze rzęsy. Jedynym jej mankamentem mogły być trochę zbyt wąskie usta, ale kto tak naprawdę się tym przejmował? Była smukła, prawie jak nimfa, a jej chód był dostojny, zupełnie jak cała ona.

Eleanor wyjęła z torebki komórkę. Wiedziałem, że udaje, że coś w niej grzebie, by poukładać sobie myśli. Zawsze tak robiła, nawet gdy tylko wciskała przypadkowe klawisze w polu wiadomości lub przeglądała menu albo listę kontaktów.

- Jak długo…? – zapytała, lekko drżącym głosem, nadal wpatrzona w ekran swojego telefonu.

Pewnie chodziło jej o to, jak długo już wiem, że jestem homoseksualny.

- Prawie półtorej roku – wyszeptałem nerwowo, trzymając oburącz kubek z zieloną herbatą, która zawsze pomagała trzymać mi nerwy na wodzy; niestety, nie tym razem.

- Och – mruknęła Eleanor, domyślając się, że wiedziałem o mojej orientacji, jeszcze zanim się poznaliśmy; to były ostatnie słowa, jakie wypowiedziała, zanim wstała, popatrzyła na mnie gniewnym wzrokiem i zamachnęła się, wymierzając mi siarczystego policzka.

Zatoczyłem się do tyłu, wylewając trochę herbaty, a Eleanor z furią na twarzy, ubrała swój płaszcz i wyszła, stukając obcasami. Dwie dziewczyny siedzące dwa stoliki obok, mimo, że nie słyszały naszej rozmowy, obdarowały mnie zajadliwymi spojrzeniami, jak większość gości płcy żeńskiej, siedzącej akurat w Serenady, po czym zaczęły szeptać konspiracyjnie za moimi plecami.

Gdyby wiedziały… gdyby tylko znały prawdę.

Dopiłem szybko herbatę, parząc sobie język i wyjąłem z kieszeni banknot, patrząc na rachunek. Rzuciłem na stół, koło kubka pięć funtów i wyszedłem z kawiarni, z uczuciem niewytłumaczalnej lekkości. Nareszcie to zrobiłem. Uwolniłem się do Eleanor, mogłem być sobą.

Czyli po prostu homoseksualnym Louis’m Tomlinsonem.


***

- Nie, Lucy, dobrze wiesz, że farbami plakatowymi nie maluje się ścian! – skarciłem małą pięciolatkę, biorąc z jej rączek pędzel, którym właśnie zamierzała obazgrać na zielono ścianę przedszkola, w którym pracowałem popołudniami – może lepiej weźmiesz kredki i narysujesz mi pięknego motylka?

- Nie ce motylka – rzekła niewyraźnie Lucy, krzyżując ręce na klatce piersiowej, zła, że pokrzyżowałem jej plany.

- To możesz narysować coś innego – zaproponowałem, patrząc, czy inne dzieci z mojej grupy nie poszły w ślady swojej koleżanki i nie mają zamiaru „upiększyć” pustych powierzchni. Na szczęście grzecznie bawiły się, o dziwo, nawet nie wszczynając żadnej kłótni o zabawkę, ani nie wrzeszcząc. Czyli miałem, jak na razie, chwilę spokoju.

Lucy rozpromieniła się momentalnie i podeszła do plastikowego stoliczka, a jej dwa blond kucyki podskoczyły radośnie. Odwróciła się do mnie przodem, biorąc kartkę:

- Naryśuję ci jedńorośca! – wysepleniła, uśmiechając się szeroko, machając w moją stronę białą kartką i siadając obok Timothy’ego oraz Dory, którzy zgodnie budowali na stoliku zamek z drewnianych klocków, kłócąc się, czy powinien mieć on dwie, czy cztery wieże; czyli norma.

- Dobrze, kochanie, narysuj mi jednorożca – odpowiedziałem, odkładając farby i pędzle tak wysoko, by nie mogła ich ponownie dosięgnąć.

Czwarta po południu była czasem na zabawę dla mojej grupy starszaków, nazywana w całym przedszkolu „Śmieszkami”.  Inne przedszkolanki bardzo mnie lubiły i nie mogły się nadziwić, w jaki sposób panuję nad tą bandą rozwrzeszczanych dzieciaków, szczególnie, gdy potrafiły rozpierzchnąć się w różnych kierunkach. Sekret tkwił w czymś prostym – po prostu kochałem dzieci, uwielbiałem z nimi przebywać. Możliwe, dlatego, że sam nie dałem uśmiercić w sobie swojego wewnętrznego dziecka.

Zacząłem sprzątać puzzle, które zostały porozrzucane na podłodze i zostawione bez opieki, zapewne przez jakieś zniecierpliwione dziecko, które wściekło się, że nie potrafiło ich ułożyć. Zbierając kawałek po kawałku, uważałem, by nie nadepnąć na nic, aż w końcu po pięciu minutach żmudnej pracy odłożyłem zamknięte pudełko na półkę, gdzie mieściły się wszystkie gry planszowe i układanki.

Praca w przedszkolu nie należała do najłatwiejszych, ale czułem, że jest to moje powołanie. Nawet, gdy wracałem pod wieczór zmęczony, do mojej kawalerki, po kilku godzinach użerania się z tymi małolatami, czułem się spełniony i nie wyobrażałem sobie innej pracy. Sprawiała, że miałem wrażenie, że gdzieś należę, że jestem na swoim miejscu. Poza tym, po wychowaniu czterech sióstr, miałem duże doświadczenie w łagodzeniu dziecięcych sporów i opiekowania się nawet niemowlakami. A trzeba mieć dużo cierpliwości do takich osóbek, jak moje siostry.

Poczułem, jak Lucy szarpie mnie za brzeg mojej pasiastej koszulki, więc spojrzałem na nią, obdarzając ją uśmiechem. Wyciągnęła w moją stronę kartkę, a ja chwyciłem ją, przyglądając się dosyć ładnie narysowanemu jednorożcowi, biegnącego po tęczy w otoczeniu kilku gwiazdek. Lucy miała naprawdę smykałkę do wszystkich artystycznych rzeczy. Postanowiłem, że porozmawiam na ten temat z jej rodzicami, gdy przyjdą na comiesięczne zebranie podsumowujące, by jej talent się nie marnował.

- Jest przepiękny, Lucy, dziękuję – ucałowałem blondyneczkę w główkę, a jej ogromne, niebieskie oczy zaczęły jarzyć się dumnie – powieszę u siebie na lodówce.

- Yaaayy – klasnęła w dłonie; dzieciaki często dawały mi jakieś dziwne przedmioty, które robiły na zajęciach, ale największym wyróżnieniem było, gdy mówiłem, że zabiorę to do domu, cieszyły się wtedy i czuły docenione; dzięki temu miałem całą lodówkę zawaloną rysunkami, a na niej piętrzyły się bransoletki z makaronu, figurki z plasteliny i inne duperele, których było mi żal wyrzucać.

Usłyszałem pukanie do szklanych drzwi sali, a następnie zobaczyłem jak uchylają się i wychodzi zza nich mama jednego z moich podopiecznych – powoli zaczynały się godziny, w których maluchy zostawiane tylko na sześć do ośmiu godzin dziennie, były zabierane do domu. Od razu zacząłem szukać wzrokiem pary bliźniaków, Simona i Rory’ego. Znalazłem ich, jak bawili się zniszczonymi wyścigówkami.

- Zgadnijcie, kto przyszedł – powiedziałem do nich i jednocześnie unieśli głowy – mama przyszła! Widzicie, jest tam – wskazałem kobietę przy kości, która pomachała swoim dzieciom i dała im znać ręką, by podeszli do niej.

Simon i Rory rzucili się, zostawiając zabawki na ziemi, by uściskać mamę.

- Do widzenia – pożegnała się ich mama, a bliźniacy pomachali mi i wyszli do szatni.

To chyba była najsmutniejsza pora dnia. Dzieci z godzinami ubywało, aż w końcu sala całkowicie opustoszała, a nie było nawet ósmej. Zostałem, by posprzątać za urwisami, co wcale nie było takim łatwym zadaniem. W końcu, gdy ostatni pluszak, ostatnia lalka zostały włożone na półki, odetchnąłem z ulgą. Wziąłem plecak i założyłem na siebie kurtkę, biorąc rzeczy z mojej szafki w pokoju „nauczycielskim”. Pożegnałem się z panią woźną i ruszyłem do mieszkania.

Jęknąłem, gdy przypomniało mi się, że muszę na chwilę wstąpić do sklepu, bo nie mam nic do jedzenia w lodówce. Minusy mieszkania samemu, to fakt, że o wszystko trzeba się troszczyć. Nie ma nikogo, kto zrobił by zakupy albo posprzątał za mnie, gdy nie mam czasu. Było w nim tak pusto, że z niechęcią do niego wracałem.

Zaparkowałem mojego wysłużonego garbusa przed sklepem; łatwiej było zgasić silnik, niż go odpalić…

Przydałby mi się współlokator, pomyślałem, wchodząc do całodobowego Tesco Express i biorąc niebieski koszyk do ręki.

Zamyśliłem się przy pieczywie, starając sobie przypomnieć, co powinienem kupić. Chleb, masło, jakieś owoce, coś słodkiego, szynkę, ser… pogrzebałem w kieszeniach kurtki, szukając pieniędzy. Znalazłem siedem funtów i dwadzieścia osiem pensów. Nigdy nie lubiłem nosić portfela, ale miało to także swoje minusy. Przejrzałem torbę i znalazłem kolejne trzy funty. Czyli do dyspozycji miałem dziesięć funtów i dwadzieścia osiem pensów. Wystarczyło na jedzenie dla jednej osoby. W końcu nie potrzebowałem jeść niczego wykwintnego.

Chwyciłem chleb, wkładając go do koszyka, a potem skierowałem się do lodówek. Wyciągnąłem dwa piwa i butelkę wody. Dalej był nabiał – w koszyku wylądował czteropak jogurtu truskawkowego i żółty ser  w plastrach. Nigdy nie wiedziałem, jaka jest różnica między Goudą, a Edamem, ale nie przeszkadzała mi ta niewiedza.

Skończywszy zakupy, udałem się do mieszkania. Taszcząc siatki na czwarte piętro bloku (bo winda nadal czekała na przybycie mechanika od jakiś dwóch tygodni), zmachałem się co nie miara. Z ulgą rzuciłem wszystko na blat kuchenny i zapaliłem światło, już wolnymi rękoma. Rzuciłem płaszcz na krzesło i otworzywszy puszę z piwem, położyłem się na łóżku i włączyłem telewizor. Akurat leciały wiadomości, gdy moja komórka zawibrowała. Z niechęcią przekręciłem się, by wyjąć ją z tylnej kieszeni spodni. Trochę się nagimnastykowałem, ale udało mi się.

Od: Liam (20:26)
 
Dasz mi numer do Danielle?
Jęknąłem cicho, gdy przeczytałem wiadomość od Liama, z którym chodziłem razem do collage’u, tylko na różne kierunki i który pomagał mi z matematyką, mimo, że był rok niżej ode mnie. Uchodził na uniwerku za jakiegoś geniusza matematycznego. Wszyscy bili się  o miejsca w gronie jego stałych uczniów, których miał tylko kilka. Ale za to, jakie oni potem osiągali wyniki… miałem to szczęście, że kiedyś pomogłem mu w zdobyciu trudno dostępnych książek – mój wujek ma ogromną księgarnię w Cambridge – i tak trafiłem do tego elitarnego grona.

Liam poznał Danielle, gdy akurat mieliśmy razem zmianę w przedszkolu. Danielle dorabiała jako przedszkolanka, ale tak naprawdę marzyła jej się kariera wielkiej tancerki. Kończyła studia taneczne, dostała nawet stypendium i coraz prężniej pięła się po drabinie kariery, co odbiło się na jej zmianach w przedszkolu. Pracowała tylko dwa dni w tygodniu, ale i tak, gdy Liam kiedyś przyszedł mnie odwiedzić, zobaczył jak rozmawiam z Danielle… i od razu się zakochał. Wypytał mnie o to, kiedy pracuje i ile godzin. Aż stał się stałym bywalcem w piątkowe i środowe popołudnia, trochę spóźniając się do pracy w jakimś biurze turystycznym, w którym miał etat. Często przyłapywałem go na rozmowach z Danielle, która wydawała się być nim rzeczywiście zainteresowana, ale była zbyt nieśmiała, by wykonać następny krok. Taki był również Liam.

Jedynak widocznie Liam miał dosyć czekania i postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Po cichu kibicowałem im. Danielle była cudowna, a Liam wydawał się w porządku. Pasowali do siebie.

Podałem mu numer, życząc powodzenia. Niech chociaż ktoś będzie szczęśliwy, skoro ja nie jestem.

- Dobro innych zawsze najważniejsze – mruknąłem, upijając piwa, a w ustach poczułem gorzkawy smak trunku.

Dobrze, że był piątek, przynajmniej mogłem się czegoś napić…

Nie minęło piętnaście minut, gdy telefon ponownie się odezwał, ale tym razem nie był to Liam. Zastanawiałem się, kto jeszcze mógł czegoś ode mnie chcieć w ten czwartkowy, leniwy wieczór. Uniosłem wysoko brwi, czytając wiadomość.

Od: Zayn-pizda (20:39)

 Usłyszałem od Violetty, że jesteś gejem. Podobno Eleanor jej to powiedziała. Czy to prawda?
Rzadko dostawałem sms’y od mojego kolegi, syna dyrektorki, Zayna Malika. Poznaliśmy się, gdy on zaczynał studia, rok temu i postanowiłem go oprowadzić… do póki nie dowiedziałem się, kim tak naprawdę jest… i jakie z niego ziółko. Normalnie już na pierwszy roku by go wyrzucili, ale jeśli szkołą rządzi jego mamuśka, może robić wszystko, co mu się żywnie podoba, nie licząc się z konsekwencjami.

Zakląłem. Skoro Zayn wiedział o moim małym „sekrecie”, to musiała wiedzieć już przynajmniej połowa szkoły. Byłem przegrany. Jak Eleanor mogła mi coś takiego zrobić?

No tak, pomyślałem, wzdychając w duchu, przecież okłamywałem ją prawie rok, że jestem w niej zakochany. Musiała poczuć się odrzucona i oszukana.

Chciałem, by wszyscy się dowiedzieli, że jestem homoseksualny… ale nie teraz, nie w taki sposób!

Odpisałem:

Do: Zayn-pizda (20:42)
 
Jak dużo osób wie?
Nie musiałem długo czekać na odpowiedź.

Od: Zayn-pizda (20:45)

Wystarczająco dużo, kochasiu, uwierz mi. 
Opadłem na łóżko, wyłączając komórkę. Jeśli to, co mówił Zayn jest prawdą, to zaraz miałem dostać strasznie dużo wiadomości i telefonów od osób, które znałem, a które nic nie wiedziały. Albo, co gorsza, wiadomości z wyzwiskami. Bałem się tego, cholernie się bałem. Ale mówi się trudno.

- Za wszystkich pedałów! – zaśmiałem się pod nosem i pociągnąłem kilka dużych łyków z puszki, zupełnie nie martwiąc się o to, co mówią inni.

Szczerze?

Miałem to gdzieś.




-----------------------------------------

Witam, witam, kłania się Larry. Jak już mogłyście zauważyć, rozdziały są pisane raz z perspektywy Harry'ego raz Louis'ego. Żeby nie została zachwiana równowaga :) Nie wiem, dlaczego, ale uwielbiam to, jak się nawzajem uzupełniają, a wy? I nawet jeśli ktoś mówi, że Larry to Bullshit, to ja mówię Larry is Real! Chyba to przez te ostatnie pornosy, które się o nich naczytałam (polecam "Heat" - czyli mała zabawa w windzie hihihihihihi)

Cóż... wiele nie mam do powiedzenia, wy czytajcie, a ja idę rajać się wszystkimi możliwymi gifami z LARRYM. MRR.

W każdym razie, mam pytanie. Czy byłybyście zainteresowane kupnem mojej książki? (na razie czekam na odpowiedź od wydawnictwa, powinnam wiedzieć więcej gdzieś w połowie grudnia) odpowiadajcie w komentarzach.